nie jestem Samarytanką

Tu dzielimy się naszymi historiami związanymi z chorobą Alzheimera lub innymi demencjami.
Anka
Posty: 106
Rejestracja: wtorek 06 gru 2011, 15:59

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: Anka »

Niki na razie piszesz teoretycznie. Ale nie każdy ma możliwość oddania do domu opieki - domy prywatne to koszta, które nie wszyscy są w stanie płacić, domy państwowe - to też koszta, a poza tym formalności - o ile osoba jest ubezwłasnowolniona trzeba ponownie przepychać sprawę przez sąd, by wydał zgodę na umieszczenie osoby w domu opieki, jeśli nie jest ubezwłasnowolniona i nie wyrazi zgody /wystarczy, że już nie będzie umiała się podpisać/ - też sąd, a nawet jeśli wyrazi zgodę to na miejsce się czeka i to długo - akurat u kilkorga znajomych było tak, że prędzej nastąpiła śmierć niż doczekanie na miejsce.
I nie każdy opiekun ma dobre zdrowie - nie tylko zdrowi i odporni psychicznie są opiekunami. Spójrz z drugiej strony: gdyby Twoim dzieciom się coś stało i musiałabyś się nimi opiekować oddałabyś je do domu opieki?
Awatar użytkownika
malwa
Posty: 58
Rejestracja: niedziela 14 kwie 2013, 23:42

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: malwa »

Niki, to dedykacja dla Ciebie:

LIST MATKI DO CÓRKI

Jeśli pewnego dnia zobaczysz, że jestem stara, że się brudzę przy jedzeniu, że nie potrafię się ubrać, miej cierpliwość….

Przypomnij sobie czas, który przeznaczyłam na nauczenie Cię tego wszystkiego, jak byłaś mała.

Jeśli ciągle powtarzam te same rzeczy, nie przerywaj mi, posłuchaj…..Kiedy byłaś mała, musiałam wysłuchiwać w kółko tej samej historii dopóki nie zasnęłaś.

Jeśli czasem nie mam ochoty się umyć, nie potępiaj mnie I nie zawstydzaj.…

Przypomnij sobie ile razy musiałam biegać za Tobą, wymyślając różne argumenty, bo nie chciałaś się kąpać.

Jeśli widzisz, ze nie nadążam za nowinkami technicznymi, daj mi czas na poznanie ich I nie patrz na mnie z tym ironicznym uśmiechem.…

Ja miałam dużo cierpliwości, kiedy uczyłam Cię alfabetu I pomagałam w odrabianiu lekcji.

Jeśli czegoś nie pamiętam, albo gubię wątek w rozmowie, daj mi czas na przypomnienie sobie, a jeśli nie jestem w stanie sobie przypomnieć, nie denerwuj się, najważniejsze dla mnie nie jest to, co mówię, ale potrzeba Twojej bliskości, potrzeba pewności, że jesteś obok i mnie słuchasz…

Jeśli moje stare nogi nie dotrzymują Ci kroku, nie traktuj mnie jak ciężar…Podejdź do mnie wyciągając swoje ręce w moją stronę w taki sam sposób jak robiłam to ja, kiedy stawiałaś swoje pierwsze kroki…

Jeśli mówię, ze chciałabym umrzeć, nie irytuj się…

Pewnego dnia zrozumiesz, co mnie zmusza do tego, żeby tak mówić I spróbuj zrozumieć, ze w moim wieku już się nie żyje a egzystuje..

Pewnego dnia zrozumiesz, że mimo błędów, które popełniłam, zawsze chciałam dla Ciebie jak najlepiej, że próbowałam przetrzeć Ci drogę.

Poświęć mi troszkę swojego czasu, odrobinę swojej cierpliwości, daj mi swoje ramię, na którym mogę się wesprzeć tak, jak ja dawałam Ci zawsze swoje..

Kocham Cię córeńko I modlę się za Ciebie nawet wtedy jak mnie nie dostrzegasz.
Awatar użytkownika
wirginia
Posty: 116
Rejestracja: poniedziałek 13 lut 2012, 10:46

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: wirginia »

Niki, wobec tego co napisałaś o trudnych, wcześniejszych relacjach z Twoją Mamą, chyba to dobrze, że podjęłaś taką decyzję o oddaniu Mamy do domu opieki. Jeśli macie takie możliwości to myślę, że to dobre wyjście. Będzie to również sposób, żebyś mogła odpocząć od Mamy nie tracąc z Nią kontaktu, a z czasem może pojawi się w Tobie coś jak przebaczenie, które przede wszystkim Tobie pomoże. Życzę Ci tego z całego serca.
Pozdrawiam serdecznie :)
niki
Posty: 21
Rejestracja: sobota 17 sty 2015, 19:55

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: niki »

Aniu, owszem, na razie to wszystko teoria. Ale… Choroba w zaawansowanym stadium nie pojawia się nagle. Zanim chory będzie w stadium wegetatywnym, mija sporo czasu. Nie dni, tygodni, czy miesięcy, ale lat. To na tyle dużo czasu, że wiele rzeczy można przewidzieć i równie wiele zrobić.

Ubezwłasnowolnienia nie ma co odkładać na później, tylko trzeba sobie zdać sprawę, że „lepiej to już było” i podejmować decyzje nie emocjonalnie, tylko zdroworozsądkowo. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest pełnomocnictwo notarialne. Jego koszt nie jest zbyt wysoki, powinien się zamknąć w kwocie około 300 zł., ale to zależy, co chcemy w nim zamieścić. Oczywiście, trzeba to zrobić wtedy, gdy chory jeszcze jest w miarę „na chodzie”.

Cały czas odnoszę wrażenie, że my, Polacy, mamy jakieś dziwne opory przed podejmowaniem takich decyzji. Trochę tak, jak z intercyzą przed ślubem – na całym świecie to normalne postępowanie, a u nas wzbudza ogromne emocje.

Warto też zadbać o orzeczenie o stopniu niepełnosprawności w MOPS-ie czy w GOPS-ie. Przecież to nic nie kosztuje! Za to zdecydowanie ułatwia postępowanie w kwestii państwowych DPS-ów. Oczywiście, przydatna jest dokumentacja medyczna, ale tę trzeba zbierać pieczołowicie i nie wyobrażam sobie, że ktoś może tego nie robić. Ja kopiuję każdy papierek i mam wszystko w komputerze dostępne na jedno kliknięcie.

Na prywatny DPS mnie nie stać i dlatego nigdy takiej opcji nawet nie rozważałam. Ewentualną brakującą kwotę do państwowego może wyskrobiemy, choć wcale nie będzie łatwo.

Co do ubezwłasnowolnienia jest tak, że taką decyzję podjęłam niemal w dniu postawienia rozpoznania. Jednakże mama przez dość długi czas była dość sprawna, robiła podstawowe zakupy, gotowała, opiekowała się tatą, nawet mierzyła mu poziom cukru i po konsultacji ze mną, podawała insulinę, więc nie było potrzeby takich działań. Spore pogorszenie nastąpiło nagle, w okresie zimowym, czego się spodziewałam, kilka miesięcy po śmierci taty. Od tego czasu stan jej zdrowia się pogarsza, ale stopniowo, nie skokowo, aczkolwiek kolejny skok zapewne przed nami. Jednak stan mamy jest na tyle niezły (na tle innych chorych), że z ubezwłasnowolnienia zrezygnowaliśmy, a będziemy się zaraz po świętach starać o pełnomocnictwo, gdyż jest zdecydowanie „łatwiejsze w obsłudze.” Każdorazowe bieganie po sądach i czekanie na orzeczenie jest męczące i czasochłonne. Poza tym nie trzeba składać żadnych raportów, choćby w kwestiach finansowych, aczkolwiek pełne pełnomocnictwo bankowe mam od kilku lat.

Wirginio, gdy odpowiem Malwie, może będzie Ci łatwiej wczuć się w moją sytuację.
tanganika
Posty: 91
Rejestracja: czwartek 14 lis 2013, 21:46

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: tanganika »

Moja mama była diagnozowana na szpitalnym oddziale laryngologicznym (narzekała na szumy uszne i zawroty głowy) a za 2 miesiące na oddziale neurologicznym, gdzie wykonano mamie niezbędne badania, testy, poczyniono obserwację. Kiedy w wypisie szpitalnym jednoznacznie potwierdzono otępienie w przebiegu Alzheimera, przez tydzień miałam ogromny mętlik w głowie, trochę spanikowałam, bo nie wiedziałam, jak ta choroba w przypadku many będzie przebiegać, co mnie czeka. Żył tata, więc miałam nadzieję, że na początku choroby zajmie się mamą. Był styczeń 2009 roku i mamy diagnoza, a w marcu zmarł ojciec. Zmobilizowałam się i zadbałam o mamy sprawy. Zadbałam o uzyskanie orzeczenia o niepełnosprawności (uzyskany stopień znaczny, bez zdolności do samodzielnej egzystencji). Mama osobiście zrobiła mnie współwłaścicielem konta bankowego, a w lutym 2013 roku mama podpisała pełnomocnictwo notarialne w bardzo szerokim zakresie. Dokument ten ułatwił mi wiele spraw, m.in. dostęp do dokumentacji medycznej, podejmowanie decyzji w sprawie leczenia mamy. W mamy imieniu podpisuje dokumenty w urzędzie skarbowym, a w tym roku na podst tego pełnomocnictwa sprzedaliśmy mieszkanie mamy.Nie występowałam jeszcze o ubezwłasnowolnienie, mama nie sprawia większych problemów "wychowawczych", ma urojenia. ale rzadko bywa agresywna, nie ucieka z domu. Kiedy w 2012 powstał środowiskowy dom pomocy Centrum Alzheimera w Olsztynie, zaczęłam uczęszczać do grupy wsparcia. Swoją wiedzą i doświadczeniem w opiece nad mamą dzielę się z innymi. jestem jednak bardzo zmęczona i muszę wyjechać na kilka dni nad morze, żeby odpocząć i ...wyspać się. Pracuję zawodowo i muszę być sprawna. Od jutra będę szukać ośrodka na tydzień dla mamy, by móc spokojnie wyjechać. Już mamę przygotowuję na tę zmianę miejsca pobytu mówiąc, że jedzie do sanatorium. Byłyśmy razem 2-krotnie na turnusie rehabilitacyjnym. Będzie to mój pierwszy wypad bez mamy od 2011 r. Mam nadzieję, że nie pogorszy to jej stanu zdrowia. Czytałam na forum, że te pobyty poza domem, źle wpływają na psychikę chorych... Ale nie daję już rad.... Pozdrawiam.
triska
Posty: 6
Rejestracja: sobota 04 sty 2014, 14:38

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: triska »

Moja mama choruje na otępienie naczyniowe już 3 lata. Mieszka z tatą. Do niedawna jeszcze z 89 dziadkiem. Dziadek ostatnio zaczął przejawiać zachowania bardzo podobne do otępienia, ale byłam pewna, że to już wiek robi swoje. Moje życie prywatne od 3 lat to wielka niewiadoma, ciągłe rozstania i poświęcenia. Nie mieszkam w Polsce, choć od roku, w Polsce jestem częściej niż w domu.Wracając do dziadka. Uciekli mojemu tacie pod jego nieobecność z domu. Był marzec, chłodna pogoda. Przypłacili razem zapaleniem oskrzeli. Zbiegło się to z moim kolejnym przyjazdem. Opieka nad dwojgiem ludzi z otępieniem nawet przez dwie osoby pod jednym dachem to koszmar. Gorączka, nieprzespane noce, lekarz i ciągłe upominanie, by leżeli w łożku. Mama ma już dość zaawansowaną postać. Nie jest już samodzielna. We wszystkim trzeba jej pomagać.Nie będę już pisała humorach, agresji, zagubieniu i ciągłych stanach depresyjnych, bo wszyscy to znacie. Dziadek jeszcze sie trzymał, ale ostatnio bardzo mocno podupadł na zdrowiu, a od mniej wiecej trzech lat miał już duze problemy z higieną. Niedawno kilka razy się przewrócił. Złamał nos , rozbił głowę. Dwa tygodnie walczyłam o jego zdrowie, ale po tym jak trafił do szpitala ze wskazaniem na zapalenie płuc odkryli również udar mózgu. Tydzień w szpitalu wymordował go ogromnie. Był cay czas przypięty pasami do łożka, bo kompletnie nie reagował na polecenia. Musiałam go karmić, bo od pielęgniarek nie przyjmował pokarmu. Stan był z dnia na dzień gorszy. Doszło do mnie , ze już nie daję rady. Mój tato opiekuje się mamą, ale sam jest schorowany i bardzo się oniego boję. Jestem więc ciągle z rodzicami i pomagam w opiece nad mamą. Moja rodzina w większości albo ma w domu podobne problemy albo od czasu choroby mamy traktuje nas jak trędowatych. Nikt również nie kwapił się do pomocy dziadkowi. Stanęłam wiec przed scianą. Podjęłam decyzję, że bedę musiała oddać dziadka do domu opieki. Szukanie domu to kolejna tragiczna historia, ale to osobny temat. Serce mi pękało, ale w głowie miałam też myśl, że nademną nikt się nie lituje. Moje życie było i jest podporządkowane rodzinie. Codziennie zżera mnie tęsknota za ukochaną osobą. Nie mam czasu na ślub, nie mogę nawet myśleć o dziecku. Podupadam na zdrowiu, dorobiłam się nerwicy. Mam prawie 40 lat i moje życie przecieka mi przez palce. Dziedek zmarł tydzień temu. Uwolnił mnie i tatę od cięzkiego obowiązku. Teraz jest mama i jej choroba a w zasadzie kilka chorób. Odebrałam wczoraj jej wyniki i są fatalne. Boję się, że to skończy się szpitalem, ale szpital ją wyniszcza psychicznie. Oddam ją tylko wtedy, gdy będzie zagrożone jej życie. Przeszliśmy z tatą dwa pobyty mamy w szpitalu. Wolałabym je wymazać z pamięci. Często zadaję sobie pytanie dlaczego ? Ktoś mi wczoraj powiedział, że mam teraz żałobę po śmierci dziadka... Ja ją mam w sercu od czasu kiedy dowiedziałam sie o chorobie mamy. Z roku na rok jest większa... Czasami ogarnia mnie tak wielki smutek, że mam wrażenie że pęknie mi serce. Ta choroba nas niszczy, nawet wtedy, kiedy już się z nią pogodziłam. Moję życie to nieustanne rozstania, straszna tęsknota, łzy, zaciskanie zębów i stres. Mimo, ze bardzo kocham moją mamę to jestem tym wszystkim zmęczona i zrezygnowana...
Awatar użytkownika
Dara
Posty: 85
Rejestracja: piątek 13 mar 2015, 20:07
Lokalizacja: Górny Śląsk

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: Dara »

Witaj triska.Tak sobie pomyslałam czytając to,co napisałaś,że wszyscy tutaj zaczynali tak,jak Ty czy ja.Od zaskoczenia i rozpaczy.Ale podjęli się tego ogromnego zadania i nawet znajdują czas,żeby pomagać nam - zagubionym i oszołomionym tragedią.I z nami na dobre i na złe.Dlatego mam nadzieję,że poradzimy sobie.Choćby,tak jak ja, z dodatkowa pomocą psychiatry.Nawet,jeśli miałaby to być decyzja o umieszczeniu kiedyś chorego w DPS-ie.
Chciałabym być tak silna jak wiele osób z tego forum i móc wybaczyć krzywdy.Ale jeśli nawet mi się to uda,to może zabraknąć mi siły fizycznej.
Wszyscy mamy ciężko,każdy trochę inaczej,ale najważniejsze jest to,że rozumiemy się wzajemnie.Mam nadzieję,że osiągnę etap,kiedy będę mogła pomóc innym tak,jak wiele wspaniałych osób,które tu poznałam.
niki
Posty: 21
Rejestracja: sobota 17 sty 2015, 19:55

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: niki »

No to się różnimy. I to znacznie. Wy rozpaczacie z powodu choroby bliskich, ja jestem wkurzona. Po wielu latach, które mama zmarnowała i mi i mojej rodzinie, miałam nadzieję na to, że po śmierci taty, która musiała kiedyś nadejść, zadzwonię do niej raz w tygodniu, zobaczymy się "z okazji" i nie będę musiała o niej myśleć. Najchętniej wpisałabym sobie w kalendarzu, kiedy mam do niej dzwonić. Niestety, życie jest wredne i podstawiło mi nogę po raz kolejny. I, niestety, muszę okazać się wobec niej kimś w miarę przyzwoitym. Nie ze względu na rodzinę i sąsiadów.

Malwo, odpowiadam.

LIST CÓRKI DO MATKI

Jeśli jestem twoim dzieckiem, nie bądź dla mnie wrogiem. Niezależnie od tego, czy mam 3 lata, 5, 10, 15, 25 czy 40. Okaż odrobinę cierpliwości i wyrozumiałości.

Świetnie przypominam sobie, jak mnie tresowałaś przez całe życie. Życia nauczyły mnie babcie, tata nauczył mnie świata. To dzięki niemu znam rośliny i zwierzęta, to on nauczył mnie geografii i wielu innych rzeczy.

Nie pamiętam, byś kładła mnie spać. Pamiętam, jak miałaś do mnie pretensje o wszystko. Nawet, gdy jako jako małe, dwuletnie dziecko oparzyłam rączkę o rozpalony piec - to była moja wina! Bo założyłam kocyk na głowę i nie widziałam, dokąd idę! Pamiętam ten wieczór doskonale. Nigdy nie słuchałaś, co miałam do powiedzenia. To ciebie trzeba było słuchać. Bezwarunkowo.

Zawsze zgrywałaś się na "damę" i z uporem maniaka usiłowaś ze mnie zrobić to samo. Zdecydowanie wbrew mnie. Tresowałaś mnie nawet przy stole wkładając mi ciężkie książki pod ręce i miałam jeść tak, żeby mi nie wypadły. Za upuszczenie karałaś mnie. Jak za wszystko.

Nowinki techniczne? Komórka, która posługiwałaś się mniej więcej jak człowiek przez 15 lat - zresztą tylko w zakresie nawiązywania i odbierania rozmów, teraz jest i do tego najczęściej zbyt skomplikowana. Wiem, że choroba pozbawiła cię wielu umiejętności i rozumiem to. Ale inaczej nie mam jak się z tobą kontaktować.

Nic nie robisz, nudzisz się, a jesteś sprawniejsza fizycznie ode mnie - nic zatem nie stoi na przeszkodzie, żebyś się umyła. Chciałabym móc chodzić na tak długie spacery, jak ty. Chciałabym móc tak sprawnie chodzić po schodach.

Nigdy nie uczyłaś mnie alfabetu ani chyba niczego innego, to tata pokazał mi kilka liter i z Elementarza nauczyłam się czytać sama. Nigdy nie pomogłaś mi w lekcjach. Za to zawsze byłaś wściekła, kiedy nie przyniosłam piątki. Od razu sypałaś karami. Za piątkę nigdy mnie nie pochwaliłaś, bo tak miało być.

Nigdy mnie nie lubiłaś, a przynajmniej od czasu, kiedy zaczęłam samodzielnie myśleć. Potem przez czterdzieści lat nienawidziłaś mnie najbardziej na świecie. Może bardziej nienawidziłaś tylko swojej mamy, która ze strachu przed tobą nieraz uciekała z domu. Mojego męża też nie znosiłaś.

Nigdy nie potrafiłaś słuchać, nigdy nie potrafiłaś wybaczać. Ani mi, ani nikomu innemu.Każdy, kto ośmielił się mieć swoje zdanie, inne od twojego, stawał się automatycznie twoim wrogiem. Ważne było tylko to, co ty miałaś do powiedzenia. Pamiętam twoje oburzenie sprzed kilkunastu lat, gdy na pogrzeb jednego z twoich szkolnych kolegów wielu innych nie przyjechało. Mieszkają w innych miastach, za granicą, są starsi, chorują. W odwecie zerwałaś z nimi jakiekolwiek kontakty, choć nie były jakieś specjalne. Usunęłaś nawet ich nazwiska i adresy z kalendarza.

Nigdy nie potrzebowałaś bliskich, potrzebowałaś karnej kompanii, nad którą niczym wredny sierżant, mogłabyś się pastwić, znęcać i którą mogłabyś rządzić autorytatywnie.

To tata chodził ze mną na spacery, to tata nauczył mnie jeździć na rowerze. A jeśli chodzi o sprawność, to jesteś sprawniejsza ode mnie. I nic cię nie boli. Jednak ja nigdy już nie poproszę cię o pomoc, doskonale wiem, jak to się kończy.

Jeśli chcesz umrzeć, to twoja sprawa. Nie mów jednak o tym. Bo mówisz tak tylko wtedy, kiedy ci się zwróci uwagę. Poza głową jesteś zdrowa jak młody bóg.

Nie jesteś stara. To tata, mimo paru chorób, dożył pięknego wieku, ty jesteś od niego o wiele lat młodsza. Jeszcze przed tobą zapewne wiele lat życia, a przed nami tyle samo lat opieki...

Tak, karząc mnie za byle co, lejąc mnie, poniżając, zastraszając, grożąc wielokrotnie oddaniem do domu dziecka, na pewno chciałaś dla mnie jak najlepiej. A znęcanie się nie tylko nade mną i zarówno psychiczne jak i fizyczne, ty tylko były "drobne błędy"?

Poświęcam ci zdecydowanie za dużo czasu w stosunku do tego, na ile zasługujesz. Doskonale pamiętam twoją niecierpliwość, twoją wściekłość, twoje ramię, które lało mnie pasem, które twoją własną matkę łapało za ramię, popychało do pokoju i zamykało za nią drzwi.

Nigdy nie kochałaś nikogo, prócz siebie i może swojego taty. Nawet twój własny mąż przez wiele lat był ci wadził, a gdy kiedyś, kilka lat przed śmiercią, trafił w stanie zagrożenia życia do szpitala, przez kilka dni nawet go nie odwiedziłaś. To my go odwiedzaliśmy. Za to jego pomalutku postępujące zniedołężnienie (tata na szczęście był samodzielny do ostatniego dnia życia, choć przez kilka miesięcy już nie wychodził z domu) było dla ciebie zupełnie nie do przyjęcia.

Gdy w dzieciństwie byłam chora - zachorowałam poważnie dwukrotnie na choroby zakaźne, trwające po kilka tygodni, przebiegające z bardzo wysoką gorączką przekraczającą 40 stopni, ani jednego dnia nie spędziłaś ze mną, choć bez najmniejszego problemu dostałabyś zwolnienie. Spełniałaś tylko obowiązki, zajmując się lekarzami i lekami.

No i jak, Malwo? Może spojrzysz na mnie inaczej, przychylniej? Bo ja nie jestem taka zła, na jaką wyglądam. Ot, życie pisze różne scenariusze.

Wigrinio, nadal uważasz, że jakieś przebaczenie jest możliwe? Mama była wredna, tyranizowała wszystkich. Miała taką pracę, która pozwalała jej na rządzenie innymi, choć w pracy robiła to głównie za pomocą papierków. Mnie zniszczyła życie. Dlatego do jej choroby podchodzę z pewnym dystansem, nie zostawię jej samej, ale na pewno nie zamierzam się jakoś specjalnie poświęcać ani robić nic więcej, niż to konieczne. Ot, obowiązek i to przykry. Z drugiej strony, gdy o tym rozmawiałam z mamy znajomymi, wszyscy mi powiedzieli to samo: Gdyby mama była inna, byłoby ci zdecydowanie gorzej. I chyba mieli rację.
wigi
Posty: 1068
Rejestracja: czwartek 10 lis 2011, 19:21

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: wigi »

Niki, choroba nie wybiera. Nic nie osiągniesz rozstrząsając swoje żale do Mamy. Mama Ci już nie odpowie, nie powie przepraszam... Musisz skupić się na tu i teraz. Twoim obowiązkiem jest zająć się Mamą, zapewnić jej opiekę, bo nikt inny tego za Ciebie nie zrobi. Oczywiście, Ty masz prawo wyboru , czy zajmiesz się Mamą osobiście, czy wynajmiesz opiekunki, czy wreszcie oddasz Mamę do domu opieki. To jest wyłącznie Twoja decyzja.
niki
Posty: 21
Rejestracja: sobota 17 sty 2015, 19:55

Re: nie jestem Samarytanką

Post autor: niki »

Przepraszam? Ona nigdy przez całe swoje zdrowe życie - miała szczęście, nigdy na nic nie chorowała, poza porodem w szpitalu była tylko raz, a u lekarza nie była przez 60 lat - nie użyła tego słowa. To inni mieli ją przepraszać, najlepiej klęcząc pół doby na grochu i z pokorą czekać na łaskawe skinienia głowy. Teraz czasem zdarzy się jej tego słowa użyć, co jest zresztą bez znaczenia, bo i tak w podobnej sytuacji zrobi znowu po swojemu.

Wigi, nie stać mnie na opiekunkę, nie stać mnie na prywatny DPS. Gdyby mnie było stać, dawno scedowałabym wszystko poza sprawami medycznymi na innych i miałabym święty spokój. Dlatego dopóki się da, będzie w swoim domu, sama, bo towarzystwa na pewno dotrzymywać jej nie będziemy - u nas bywa w weekendy na obiadach i w święta na różnych posiłkach, z dostarczanym jedzeniem, przygotowanymi lekami i wożona do lekarzy. Ona jest naprawdę w doskonałej formie fizycznej - zdecydowanie lepszej ode mnie! - i jeszcze jest wychodząca. Przecież nikt z nas nie będzie jej niuńciał jak niemowlaka, bo nie mamy warunków ani czasowych, ani finansowych! Tu, na forum, jakoś niemal wszyscy są tak znakomicie ustawieni finansowo, że nie muszą pracować, są tak zdrowi, że mogą zajmować się osobiście chorymi (bo branie "prochów" z powodu depresji lub z powodu zniszczonego kręgosłupa spowodowanych opieką nad kimś , kto już dawno nie funkcjonuje jak człowiek, jest przecież wyłącznie na życzenie - wystarczyło oddać chorego do DPS-u, nawet państwowego najtańszego i stan zdrowia na pewno by się poprawił, a na pewno nie trzeba by na "prochy" wydawać, więc finanse za dopłaty do DPS-u pewnie pewnie by się zbilansowały).

Zresztą, skoro stan chorych w DPS-ach czy szpitalach się pogarsza, to tylko przyspieszy ich śmierć. Każdego z nas to czeka, spotykamy się z tym całe życie, wszyscy musimy odejść, więc i alzheimerowcy też tego nie unikną. A skoro ich wegetacja, bo trudno nazwać "życiem" stan, gdy już stają się tylko roślinkami, niestety, nie spokojnymi i uległymi, ale agresywnymi i zamęczającymi otoczenie, się pogarsza, to tylko przyspiesza koniec. Moim zdaniem, im szybciej nadejdzie, tym lepiej. Dla chorych i dla bliskich. Dla bliskich, to logiczne - koniec udręki, ale dla chorych zapewne też. Przecież nie wiemy, co im w tym ostatnim czasie doskwiera, bo nauka nie jest w stanie jeszcze tego stwierdzić. A bardzo prawdopodobne, że cierpienia, których doznają, zarówno fizyczne jak i psychiczne, są ogromne. Dlatego jestem jak najbardziej za podpisaną niedawno konwencją, żeby nie stosować uporczywej terapii. A każdy alzheimerowiec w którymś momencie takiej terapii jest poddawany. Dajmy im spokojnie umrzeć. Nie mówię tu o eutanazji, ale skoro nikt normalny nie przedłuża cierpienia zwierząt, to nie róbmy tego ludziom. Nie przedłużajmy cierpień.

Owszem, mam w dalekiej rodzinie taką sytuację, że ciotka jest w domu i będzie do śmierci, oby jak jak najszybszej, ale tam są pieniądze i opieka opłacona 24 godziny na dobę. Choć trochę tych pieniędzy przecież szkoda. Wujek dawno nie żyje, dzieci nie mieli. Kuzyn pilnuje finansów, zresztą też na odległość, bo mieszka 300 km dalej i logiczne, że nie będzie się zajmował ciotką sam. Gdyby nie byłoby pieniędzy, ciotka od lat byłaby w DPS-ie i nikt by po niej nie płakał ani do niej nie zaglądał, bo też była wredną zołzą i do tego wyjątkowo wredną pijawką, również pastwiącą się nad rodziną i bezwzględnie, niecnie i bez żadnych skrupułów wykorzystującą siostrę.

Kolejkę w MOPS-ie do państwowego bidula postaram się zająć jak najszybciej. Ale najpierw pełnomocnictwo notarialne, którego nie miałam czasu załatwić, bo naprawdę mam ważniejsze sprawy na głowie (choćby zdrowie własne i męża), no i musi dojść nowa decyzja z komisji z MOPS-u. Mam nadzieję, że gdy jej się pogorszy, zanim gdzieś trafi, nie zdemoluje mieszkania, kilka lat temu poddanemu gruntownemu remontowi. Tak czy siak, mieszkanie trzeba będzie wietrzyć tygodniami, bo zaduch jest nie do wytrzymania. Oby nie wlazł w ściany, bo skuwanie tynków wydaje mi się niemożliwe.

A tak przy okazji, mam pytanie. Czy wszyscy alzheimerowcy nie mają węchu? Akurat te ośrodki w mózgu zanikają? Bo przyznam, że aż tak dokładnie nie analizowałam mamy TK - pod kątem płatów węchowych. Mama śmierdzi potem, jej ubrania śmierdzą potem, niewietrzone mieszkanie śmierdzi.
ODPOWIEDZ