Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
: wtorek 14 lut 2012, 18:50
Dobry wieczór wszystkim.
Właśnie wrócilam od mojej matki. Boleję nad tym, że wciąż mieszka sama. Boję się, że wydarzy się coś niedobrego. Najgorsze są telefony z samego rana, one zawsze niosą złe wiadomości. Zauważyliście to? Ostatnio gnębi mnie myśl, czy moja matka na pewno ma Alzheimera. Rozpoznanie jest takie - otępienie mieszane w chorobie Alzheimera, wg tego międzynarodowego systemu- F00.2. To zapewne niedorzeczne, jednak czasem myślę sobie, że może lekarze się pomylili. Może dlatego, że miewa dni, kiedy wydaje się, że wszystko jest w porządku, jest pogodna, spokojna, współpracuje ze mną. I własnie wtedy myślę o niewłaściwej diagnozie. Wiem dlaczego tak jest. To taki mój nieświadomy sposób na brak zgody na jej chorobę. I też brak zgody na - napiszę chyba coś strasznego, ale to szczere - brak mojej zgody na nieustanną opiekę nad nią. Kocham moją matkę bardzo, najbardziej jak to możliwe, wiem, że jest bardzo dobrym czlowiekiem, pamiętam nasze wspólne najwspanialsze chwile. I nie mogę patrzeć na nią taką okrutną, raniącą mnie słowami i swoim zachowaniem. Wiem, że nie panuje nad tym, że to choroba robi z niej Mr Hyde'a w żeńskim wydaniu. Wciąż, mimo, że od diagnozy minęło już ze 2 lata, nie mogę się z tym zgodzić - wypatruję jakiejś nadziei, jakiegoś znaku, który potwierdziłby, że wyjdzie z tego i będzie jak dawniej. To są takie moje marzenia, bo na co dzień widzę jak się mocuje ze sobą w nieradzeniu sobie ze światem dookola niej. Gdy widzę, jak potyka się o swoją chorobę, to ogarnia mnie straszny lęk o to, co będzie dalej, jak ja sobie poradzę, skoro już teraz podpieram się własnym nosem. A to dopiero średnio zaawansowane stadium. Obiecałam jej, że nie oddam jej do domu opieki. Nie mogę teraz tego zrobić. Moja rodzina twierdzi, że zbyt wiele jej (matce) oddaję z siebie. A ja cały czas mam wrażenie, ze robię dla niej zbyt mało, wciąż kombinuję, co jeszcze mogłabym zrobić, by żyło jej się lepiej. Jednocześnie żal mi bardzo mojego dotychczasowego życia. Było bardzo udane, byłam szczęśliwą konbietą. I to wszystko się skończyło. Opieka nad matką odbiera mi poczucie wartości. Czy ja sama nie mam dziur w mózgu? Nie umiem zaprzyjaźnić się z tą chorobą, nienawidzę jej u mojej matki. Najgorsze jest to, że są chwile, gdy zmuszam się resztką sił, by pojechać do niej znowu ( ani jednego dnia tylko dla siebie) i cierpliwie robić to co konieczne. Ta choroba odziera mnie z ludzkich uczuć. Zauważam, że działam jak automat: zakupy, przygotowanie lekow, kolacja, sprzątanie, zmiana pościeli, pranie, wyjście z psem, leki, papierosy... Zaciskam zęby i działam. Gdy wychodzę późnym wieczorem, nie mam nawet poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Coraz częściej czuję wsręt. Przeceż nie do mojej ukochanej matki, do czego więc ? Nie mogę zaakceptować tego odczucia, ale ono jest.
Przeczytałam tego posta i widzę, że to takie użalanie się nad sobą. Najbardziej niebezpieczne, bo odbiera resztki sił, ale musialam. Moja glowa wie, że to równia pochyła w dół i nie ma drogi powrotnej, ale serce tak bardzo by chciało ...
A co tam, kto nie chce, nie musi czytać.,
Pozdrawiam wszystkich "Forumowiczów", Jolanta.
Właśnie wrócilam od mojej matki. Boleję nad tym, że wciąż mieszka sama. Boję się, że wydarzy się coś niedobrego. Najgorsze są telefony z samego rana, one zawsze niosą złe wiadomości. Zauważyliście to? Ostatnio gnębi mnie myśl, czy moja matka na pewno ma Alzheimera. Rozpoznanie jest takie - otępienie mieszane w chorobie Alzheimera, wg tego międzynarodowego systemu- F00.2. To zapewne niedorzeczne, jednak czasem myślę sobie, że może lekarze się pomylili. Może dlatego, że miewa dni, kiedy wydaje się, że wszystko jest w porządku, jest pogodna, spokojna, współpracuje ze mną. I własnie wtedy myślę o niewłaściwej diagnozie. Wiem dlaczego tak jest. To taki mój nieświadomy sposób na brak zgody na jej chorobę. I też brak zgody na - napiszę chyba coś strasznego, ale to szczere - brak mojej zgody na nieustanną opiekę nad nią. Kocham moją matkę bardzo, najbardziej jak to możliwe, wiem, że jest bardzo dobrym czlowiekiem, pamiętam nasze wspólne najwspanialsze chwile. I nie mogę patrzeć na nią taką okrutną, raniącą mnie słowami i swoim zachowaniem. Wiem, że nie panuje nad tym, że to choroba robi z niej Mr Hyde'a w żeńskim wydaniu. Wciąż, mimo, że od diagnozy minęło już ze 2 lata, nie mogę się z tym zgodzić - wypatruję jakiejś nadziei, jakiegoś znaku, który potwierdziłby, że wyjdzie z tego i będzie jak dawniej. To są takie moje marzenia, bo na co dzień widzę jak się mocuje ze sobą w nieradzeniu sobie ze światem dookola niej. Gdy widzę, jak potyka się o swoją chorobę, to ogarnia mnie straszny lęk o to, co będzie dalej, jak ja sobie poradzę, skoro już teraz podpieram się własnym nosem. A to dopiero średnio zaawansowane stadium. Obiecałam jej, że nie oddam jej do domu opieki. Nie mogę teraz tego zrobić. Moja rodzina twierdzi, że zbyt wiele jej (matce) oddaję z siebie. A ja cały czas mam wrażenie, ze robię dla niej zbyt mało, wciąż kombinuję, co jeszcze mogłabym zrobić, by żyło jej się lepiej. Jednocześnie żal mi bardzo mojego dotychczasowego życia. Było bardzo udane, byłam szczęśliwą konbietą. I to wszystko się skończyło. Opieka nad matką odbiera mi poczucie wartości. Czy ja sama nie mam dziur w mózgu? Nie umiem zaprzyjaźnić się z tą chorobą, nienawidzę jej u mojej matki. Najgorsze jest to, że są chwile, gdy zmuszam się resztką sił, by pojechać do niej znowu ( ani jednego dnia tylko dla siebie) i cierpliwie robić to co konieczne. Ta choroba odziera mnie z ludzkich uczuć. Zauważam, że działam jak automat: zakupy, przygotowanie lekow, kolacja, sprzątanie, zmiana pościeli, pranie, wyjście z psem, leki, papierosy... Zaciskam zęby i działam. Gdy wychodzę późnym wieczorem, nie mam nawet poczucia dobrze spełnionego obowiązku. Coraz częściej czuję wsręt. Przeceż nie do mojej ukochanej matki, do czego więc ? Nie mogę zaakceptować tego odczucia, ale ono jest.
Przeczytałam tego posta i widzę, że to takie użalanie się nad sobą. Najbardziej niebezpieczne, bo odbiera resztki sił, ale musialam. Moja glowa wie, że to równia pochyła w dół i nie ma drogi powrotnej, ale serce tak bardzo by chciało ...
A co tam, kto nie chce, nie musi czytać.,
Pozdrawiam wszystkich "Forumowiczów", Jolanta.