szara codzienność
: wtorek 15 maja 2012, 11:05
Dzień dobry wszystkim, mam na imie Iga - 42 lata, od 6 lat zmagam sie z choroba A. mojej mamy (72 lata).
Zarejestrowałam sie na stronie, bo czasami chciałabym z kims pogadać, z kimś kto "czuje" temat. Przez te wszystkie lata nauczyłam się, że nikt, kto nie zajmuje się na co dzień osoba z Alzcheimerem, nie ma pojęcia jak to wyglada i z czym - my opiekunowie- musimy sie zmagać. Nie chodzi tu tylko o wymycie, nakarmienie, podanie leków itp. (to jest jeszcze stosunkowo najprostsze), ale np. o wyprzedzenie "myśli" chorego, o przewidzenie Jego reakcji, zachowania się w określonej sytuacji. Dla mnie osobiście okropne jest np. organizowanie życia mojej rodziny (ja, mąż, dzieci - 16 i 10 lat) "pod" opiekę nad matką, bo zawsze ktoś musi być w domu.
Zaznaczyć jednak muszę, że mam wspaniałą opiekunke do mamy (Pani 72 letnia). Dla mnie jest to Anioł na ziemi. W miare możliwości pomaga mi jak najwięcej, ale nie chce Jej "eksploatować' ze względu na wiek i przejścia chorobowe. Nie mniej jednak nie zamienię Jej na żadną inną. Mama Ją uwielbia. Mam również wspaniałego syna, który został sam z Babcią na 4 dni i przy pomocy opiekunki zajmował się mamą. Dzięki temu mogłam wyjechać na długi weekend z mężem i młodszym dzieckiem. Mam również to szczęście w nieszczęściu, że moja mam jest bardzo spokojna i spolegliwa. jak Ją posadzisz w jwdnym miejscu, to dopóki nie każesz wstać, nie ruszy się. Wszystko to OK, ale przygnębia mnie myśl, że juz nigdy z Nia normalnie nie porozmawiam, nie wytłumaczę wielu spraw i nie nie naprawimy wzajemnie naszych relacji sprzed choroby. Na poczatku choroby byłam dla Niej niedobra, buntowałam się. Zrozumienie Jej w chorobie zajęło mi własnie 6 lat. Ale nie obyło sie bez antydepresantów i pomocy psychiatry. W tej chwili jest OK, ale chwile zwątpienia mnie dopadają. Myślałam - oddam Ją do DOS, załatwiłam wszystko, co potrzebne i........... nie mogę. Przecież, gdzieś tam, jakimś zmysłem wie, że jest u siebie i że w takim, a nie innym otoczeniu, jest bezpieczna. Powiedziałam sobie, że dopóki jest tak jest - czyli jest spokojna, wykonuje z pomocą polecenia, chodzi słabo, ale chodzi (nie wychodzi juz na dwór - nie potrafi zejść ze schodów) to muszę sobie dać radę.
Uff, ale sie napisałam. To tak, żeby sobie ulżyć. Pewnie jeszcze jakies przemyślenia się pojawią. Ale nie chce Państwa zanudzać.
Zarejestrowałam sie na stronie, bo czasami chciałabym z kims pogadać, z kimś kto "czuje" temat. Przez te wszystkie lata nauczyłam się, że nikt, kto nie zajmuje się na co dzień osoba z Alzcheimerem, nie ma pojęcia jak to wyglada i z czym - my opiekunowie- musimy sie zmagać. Nie chodzi tu tylko o wymycie, nakarmienie, podanie leków itp. (to jest jeszcze stosunkowo najprostsze), ale np. o wyprzedzenie "myśli" chorego, o przewidzenie Jego reakcji, zachowania się w określonej sytuacji. Dla mnie osobiście okropne jest np. organizowanie życia mojej rodziny (ja, mąż, dzieci - 16 i 10 lat) "pod" opiekę nad matką, bo zawsze ktoś musi być w domu.
Zaznaczyć jednak muszę, że mam wspaniałą opiekunke do mamy (Pani 72 letnia). Dla mnie jest to Anioł na ziemi. W miare możliwości pomaga mi jak najwięcej, ale nie chce Jej "eksploatować' ze względu na wiek i przejścia chorobowe. Nie mniej jednak nie zamienię Jej na żadną inną. Mama Ją uwielbia. Mam również wspaniałego syna, który został sam z Babcią na 4 dni i przy pomocy opiekunki zajmował się mamą. Dzięki temu mogłam wyjechać na długi weekend z mężem i młodszym dzieckiem. Mam również to szczęście w nieszczęściu, że moja mam jest bardzo spokojna i spolegliwa. jak Ją posadzisz w jwdnym miejscu, to dopóki nie każesz wstać, nie ruszy się. Wszystko to OK, ale przygnębia mnie myśl, że juz nigdy z Nia normalnie nie porozmawiam, nie wytłumaczę wielu spraw i nie nie naprawimy wzajemnie naszych relacji sprzed choroby. Na poczatku choroby byłam dla Niej niedobra, buntowałam się. Zrozumienie Jej w chorobie zajęło mi własnie 6 lat. Ale nie obyło sie bez antydepresantów i pomocy psychiatry. W tej chwili jest OK, ale chwile zwątpienia mnie dopadają. Myślałam - oddam Ją do DOS, załatwiłam wszystko, co potrzebne i........... nie mogę. Przecież, gdzieś tam, jakimś zmysłem wie, że jest u siebie i że w takim, a nie innym otoczeniu, jest bezpieczna. Powiedziałam sobie, że dopóki jest tak jest - czyli jest spokojna, wykonuje z pomocą polecenia, chodzi słabo, ale chodzi (nie wychodzi juz na dwór - nie potrafi zejść ze schodów) to muszę sobie dać radę.
Uff, ale sie napisałam. To tak, żeby sobie ulżyć. Pewnie jeszcze jakies przemyślenia się pojawią. Ale nie chce Państwa zanudzać.