Moja mama umarła w domu opieki.
: czwartek 12 lut 2015, 18:07
Miała 89 lat. Fizycznie była do końca sprawna, lub aż do tego wylewu na 3 miesiące przed śmiercią. Tylko już od dawna zaczęło się coś psuć z pamięcią.
Teraz, jak wspominam, zaczęło się także u babci. Był domek "po dziadku" na przedmieściu, z dużym zaniedbanym ogrodem mojego dzieciństwa, gdzie było miejsce dla wszystkich. Były też 2 pokoje w centrum miasta, ogrzewane kaloryferami, gdzie spędzaliśmy zimę. Dziadek umarł, potem ojciec, rodziną rządziły kobiety. Długo było dobrze. Lecz dom należał do babci, a babcia zaczynała się starzeć. Czy miała tylko sklerozę, czy lekką demencję czy aż Alzheimera – nikt w tamtych czasach tego nie rozróżniał. Babcia zrobiła się płaczliwa, pełna litości nad sobą (za niezbyt szczęśliwe życie?), narzekała, że już jej ciężko co wieczór jeździć do domku i tam zapalać światła (sugerować ludzką obecność, babcia panicznie bała się złodziei) czy w piecu, żeby rury od mrozu nie pękły. Mama jej nie kocha, jest jej niedobrze u mamy (w depresji każdy kreci kopczyk urasta do wielkości góry. A przecież wszystkie osoby starsze są w żałobie po własnej młodości i sprawności.) I najlepiej, jeżeli domek zapisze książom w zamian za jakieś miejsce na spokojne dożywocie.
Wtedy babcia została ubezwłasnowolniona, "żeby głupstw nie narobiła". Czy chodziło o domek? Umarła w szpitalu. Byłam dzieckiem. Pamiętam, że gdy nas przywieziono pożegnać się z babcią, była już nieprzytomna.
Teraz widzę, że i tu we Francji w sąsiedztwie szykuje się sprzedaż rodzinnego domku, by opłacić miejsce w domu opieki dla 92-letniego dziadka z Alzheimerem (3 000 euro/mies). Jego stara żona już nie ma siły go niańczyć. Za resztę kupi sobie maleńki pokoik, a jeśli coś zostanie, przekaże synowi.
Lecz przecież są dobre domy opieki także dla najbiedniejszych! Odwiedziłam raz w nim pewną prześliczną staruszkę z zanikiem pamięci. Opowiadała mi swoje życie, pokazywała akwarele. Na jej prośbę zawiozłam ją na spacer po okolicy (miałam wtedy samochód). Nazbierała w lesie mchu i fiołków i zrobiła pześliczne bukieciki, co ustawiła przed tymi, co w hallu siedzieli jak zombies na wózkach inwalidzkich. A ci – może nawet nie zauważyli? Potem dała każdemu z nich po cukierku.
Wracam do mamy. Po śmierci ojca rodzina się rozsypała. Dorosłe już i zamężne dzieci wybrały emigrację. W Polce nie było czego szukać: coraz gorzej, solidarność a potem stan wojenny. Mama została sama. Syndrom opuszczonego gniazda? Mama jeszcze pracowała, miała 2 pokoje w centrum (domek został wynajęty). Nawet zanosiło się przez chwilę, że da mi nowego ojczyma. Niestety, umarł na raka zanim się z mamą ożenił. Także renta po ojcu, bo uznano za wypadek przy pracy, była wyższa niż mamy własna emerytura po 40-tu latach pracy!
Byłyśmy dobrymi córkami, myślę. Gdy upadł mur berliński i znów można było wyjeżdżać, odwiedziałyśmy co roku. Siostra zapraszała co roku mamę na miesiąc wakacji. Ja także raz, gdy miałam przyjeciela z domem. Nawet zaproponowałam, żeby z nami zamieszkała. Lecz mama kręciła nosem: nie macie ślubu, przeszkadzają jej małe dzieci. Tu ma tylko pokoik a u siebie jest "panią na włościach". Tu nie zna nawet języka a u siebie ma telefon przy łóżku, pełno znajomych i telewizor z dużym ekranem... Rozumiem moją mamę. Gdy się jest jeszcze niezależnym, każdemu wygodniej na własnych śmieciach.
Potem mama zacząła się starzeć i zaczęły ją opuszczać siły i pamięć. Domek po dziadkach (choć jeszcze przynosił dochody) został sprzedany. Chyba tak lepiej, bo niszczał niedoglądany. Pieniądze wcięła siostra. Tak samo, jak mój spadek po ojcu. Nie protestowałam, przyzwyczajona, że to mama rządzi. (Potem się okazało, że mam trochę Aspergera.) "Tak będzie lepiej. Ona jest rozsądna, ma męża, dzieci, rodzinę – a ty przepuścisz. W razie czego siostra ci dopomoże."
Zawsze jest pewnym zaskoczeniem dla dorosłych już dzieci, gdy wszechmocni w dzieciństwie rodzice sami zamieniają się w placzliwe potrzebujące opieki dzieci.
Myślałam, że sobie sama poradzę. Z tradycji rodzinnych wiedziałam, że każde nowe pokolenie zaczynało od zera. Bo to uwłaszczenie chłopów, przegrane powstania, rewolucja, wojny... Dziadek przyjaciela wywiózł rodzinę a sam cofnął się, by ratować majątek przed rewolucją. Odtąd ani dziadka ani majątku już nie zobaczono. Zachować choćby gołe życie – to ważniejsze niż majątki.
Niemniej, gołej na emigracji, ekonomicznie wiodło mi się dużo gorzej niż siostrze. A mama liczyła zawsze, że wrócę, "przecież ci tu pilnuję mieszkania!", że się nią zajmę na starość, bo ze mną jej najwygodniej. (Dlaczego ja? To siostra wcięła wszystkie pieniądze.)
Pamiętam, jak raz przedłużył się mój pobyt w Polsce (mama miała zapalenie płuc i nie mogłam zostawić jej samej), mało z głodu nie zdechłam po powrocie. Nie pracowałam tu przecież w tym czasie, nie miałam stałego dachu nad głową. Nawet najnędzniejszy zasiłek mi przepadł, bo mnie nie było na miejscu.
Mama się starzała. Na wizycie u siostry powtarzała w kółko te same dowcipy... W drugim pokoju zamieszkała studentka co pomagała w zakupach. A potem przypętał się "wnuczek" (tak go mama przedstawiała). Obcy, lekko niepełnosprawny, opiekował się mamą. Obkradł mieszkanie (obrazy, futra mamy, resztki biżuterii). Raz przyjechał z mamą na miesięczne wakacje u siostry ("towarzyszy w podróży", "bo mama sama już nie dałaby rady") w moim złotym łańcuszku na szyi. Wszedł mamie na rentę, z tego jadł, żywił mamę i mieszkał) a na końcu podsunął mamie do podpisania testament, że mieszkanie dla niego.
Mama miała jeszcze przebłyski pamięci i zawiadomiła mnie telefonicznie. Co to, to nie! Mieszkanie miało być dla mnie, za to wszystko, co siostra wcięła przedtem. "Wnuczek" może mieć usufruit (korzystanie) ale nie całość. Przyjechałyśmy obie. "Wnuczka" won, mamę się ubezwłasnowolniło (przedtem u notariusza przepisała na mnie testament), znalazłyśmy dobry dom opieki a mamy opiekunem prawnym została mieszkająca na miejscu żona kuzyna. Nadwyżki renty po opłaceniu NFZ-u odkładała na PKO, lecz za zyski z mieszkania (wynajęte znajomym podobno tylko za opłaty i czynsze) zbudowała synkowi willę. Nie miałam z tego ani grosza a jeszcze miałam wyrzuty sumienia. Bo może powinnam przekreślić własne życie, rzucić tu wszystko, wrócić i podcierać mamę? A potem się samotnie zestarzeć i umrzeć w Polsce?
Teraz, gdy czytam Wasze forum, trochę mi to przeszło. "Dla dobra rodziny" nie powinno poświęcać się kogoś młodszego i sprawniejszego. Szefem rodziny jest ten, co decyduje o sobie i innych w pełni sił umysłowych i fizycznych. A nie zdziecinniała staruszka, z której robi się przerażone egoistyczne dziecko. Tak samo alkoholik, o ile rodzina się go zaraz nie pozbędzie, potrafi całą rodzinę wciągnąć w swoje piekło.
Kto tu decyduje, niech myśli o dobru CAŁEJ rodziny. Dzieci też wysyłamy do złobków, przedszkoli, szkół – nie słuchając ich płaczu, że wolałyby zostać w domu. Tu czytam, że opiekunowie nie mają już własnego życia i są na skraju wyczerpania nerwowego. Czy nie było innego wyjścia, czy byli za słabi psychicznie, nie potrafili odmówić płaczącemu dziecku więc pozwolili sobie wejść na głowę i teraz się zamęczać? Nie wiem, odpowiedzcie mi.
Znalazłyśmy dobry dom opieki. Z NFZ-tu, w Lisówkach pod Poznaniem, otoczony dużym parkiem. Mama miała tam własny pokoik ze wspólną łazienką pomiędzy pokoikami. Dom był koedukacyjny, zaraz znalazł się jakiś astystujący mamie staruszek, co nawet załatwił sobie przyległy pokoik. Tak, że mama miała tam jakieś miłe towarzystwo a nie była sama.
Potem mama umarła. Proces o spadkowe trwał trzy lata, bo "wnuczek" przedstawił swój testament ( i nadal ani grosza z mieszkania nie widziałam). W końcu biegły psychiatra sądowy (kosztował 500 zł) orzekł, że mama była niepoczytalna już dawno, a więc wszystkie testamenty są nieważne. A sędzia rozsądził: "obu paniom po równo". Po cichu bogatsza siostra zrzekła się z wpływów za mieszkanie na mnie. Mam usufruit. Odziedziczą jej dzieci.
Mam we Francji przyjaciela, z dorosłymi już dziećmi, co mają już własne firmy, rodziny, samochody. Do głowy nikomu nie przyjdzie, żeby w razie czego podcierać nas osobiście. Niech to robi lepiej jakiś płatny wykwalifikowany personel. (Widzę, że i moja babcia o tym myślała, ale nie zdążyła.) A i ja tak myślę.
Widzę, że od kiedy mogę decydować o sobie, niedobrze jest tę decyzję zostawiać w rękach innych osób. Sama, choć byłam już dorosła, za długo ulegałam matce. Niestety, "polskie warunki", rządzi rodziną ten, kto ma pieniądze, napełnia lodówkę i płaci rachunki. A młody pracownik nie stanie od razu na własnych nogach.
W tej chwili z Polski uciekło całe pokolenie (coś 4 miliony wg "spiskowych stronek"). Kto i jak będzie się pozostawionymi staruszkami opiekował? Pomyślcie i o sobie.
Teraz, jak wspominam, zaczęło się także u babci. Był domek "po dziadku" na przedmieściu, z dużym zaniedbanym ogrodem mojego dzieciństwa, gdzie było miejsce dla wszystkich. Były też 2 pokoje w centrum miasta, ogrzewane kaloryferami, gdzie spędzaliśmy zimę. Dziadek umarł, potem ojciec, rodziną rządziły kobiety. Długo było dobrze. Lecz dom należał do babci, a babcia zaczynała się starzeć. Czy miała tylko sklerozę, czy lekką demencję czy aż Alzheimera – nikt w tamtych czasach tego nie rozróżniał. Babcia zrobiła się płaczliwa, pełna litości nad sobą (za niezbyt szczęśliwe życie?), narzekała, że już jej ciężko co wieczór jeździć do domku i tam zapalać światła (sugerować ludzką obecność, babcia panicznie bała się złodziei) czy w piecu, żeby rury od mrozu nie pękły. Mama jej nie kocha, jest jej niedobrze u mamy (w depresji każdy kreci kopczyk urasta do wielkości góry. A przecież wszystkie osoby starsze są w żałobie po własnej młodości i sprawności.) I najlepiej, jeżeli domek zapisze książom w zamian za jakieś miejsce na spokojne dożywocie.
Wtedy babcia została ubezwłasnowolniona, "żeby głupstw nie narobiła". Czy chodziło o domek? Umarła w szpitalu. Byłam dzieckiem. Pamiętam, że gdy nas przywieziono pożegnać się z babcią, była już nieprzytomna.
Teraz widzę, że i tu we Francji w sąsiedztwie szykuje się sprzedaż rodzinnego domku, by opłacić miejsce w domu opieki dla 92-letniego dziadka z Alzheimerem (3 000 euro/mies). Jego stara żona już nie ma siły go niańczyć. Za resztę kupi sobie maleńki pokoik, a jeśli coś zostanie, przekaże synowi.
Lecz przecież są dobre domy opieki także dla najbiedniejszych! Odwiedziłam raz w nim pewną prześliczną staruszkę z zanikiem pamięci. Opowiadała mi swoje życie, pokazywała akwarele. Na jej prośbę zawiozłam ją na spacer po okolicy (miałam wtedy samochód). Nazbierała w lesie mchu i fiołków i zrobiła pześliczne bukieciki, co ustawiła przed tymi, co w hallu siedzieli jak zombies na wózkach inwalidzkich. A ci – może nawet nie zauważyli? Potem dała każdemu z nich po cukierku.
Wracam do mamy. Po śmierci ojca rodzina się rozsypała. Dorosłe już i zamężne dzieci wybrały emigrację. W Polce nie było czego szukać: coraz gorzej, solidarność a potem stan wojenny. Mama została sama. Syndrom opuszczonego gniazda? Mama jeszcze pracowała, miała 2 pokoje w centrum (domek został wynajęty). Nawet zanosiło się przez chwilę, że da mi nowego ojczyma. Niestety, umarł na raka zanim się z mamą ożenił. Także renta po ojcu, bo uznano za wypadek przy pracy, była wyższa niż mamy własna emerytura po 40-tu latach pracy!
Byłyśmy dobrymi córkami, myślę. Gdy upadł mur berliński i znów można było wyjeżdżać, odwiedziałyśmy co roku. Siostra zapraszała co roku mamę na miesiąc wakacji. Ja także raz, gdy miałam przyjeciela z domem. Nawet zaproponowałam, żeby z nami zamieszkała. Lecz mama kręciła nosem: nie macie ślubu, przeszkadzają jej małe dzieci. Tu ma tylko pokoik a u siebie jest "panią na włościach". Tu nie zna nawet języka a u siebie ma telefon przy łóżku, pełno znajomych i telewizor z dużym ekranem... Rozumiem moją mamę. Gdy się jest jeszcze niezależnym, każdemu wygodniej na własnych śmieciach.
Potem mama zacząła się starzeć i zaczęły ją opuszczać siły i pamięć. Domek po dziadkach (choć jeszcze przynosił dochody) został sprzedany. Chyba tak lepiej, bo niszczał niedoglądany. Pieniądze wcięła siostra. Tak samo, jak mój spadek po ojcu. Nie protestowałam, przyzwyczajona, że to mama rządzi. (Potem się okazało, że mam trochę Aspergera.) "Tak będzie lepiej. Ona jest rozsądna, ma męża, dzieci, rodzinę – a ty przepuścisz. W razie czego siostra ci dopomoże."
Zawsze jest pewnym zaskoczeniem dla dorosłych już dzieci, gdy wszechmocni w dzieciństwie rodzice sami zamieniają się w placzliwe potrzebujące opieki dzieci.
Myślałam, że sobie sama poradzę. Z tradycji rodzinnych wiedziałam, że każde nowe pokolenie zaczynało od zera. Bo to uwłaszczenie chłopów, przegrane powstania, rewolucja, wojny... Dziadek przyjaciela wywiózł rodzinę a sam cofnął się, by ratować majątek przed rewolucją. Odtąd ani dziadka ani majątku już nie zobaczono. Zachować choćby gołe życie – to ważniejsze niż majątki.
Niemniej, gołej na emigracji, ekonomicznie wiodło mi się dużo gorzej niż siostrze. A mama liczyła zawsze, że wrócę, "przecież ci tu pilnuję mieszkania!", że się nią zajmę na starość, bo ze mną jej najwygodniej. (Dlaczego ja? To siostra wcięła wszystkie pieniądze.)
Pamiętam, jak raz przedłużył się mój pobyt w Polsce (mama miała zapalenie płuc i nie mogłam zostawić jej samej), mało z głodu nie zdechłam po powrocie. Nie pracowałam tu przecież w tym czasie, nie miałam stałego dachu nad głową. Nawet najnędzniejszy zasiłek mi przepadł, bo mnie nie było na miejscu.
Mama się starzała. Na wizycie u siostry powtarzała w kółko te same dowcipy... W drugim pokoju zamieszkała studentka co pomagała w zakupach. A potem przypętał się "wnuczek" (tak go mama przedstawiała). Obcy, lekko niepełnosprawny, opiekował się mamą. Obkradł mieszkanie (obrazy, futra mamy, resztki biżuterii). Raz przyjechał z mamą na miesięczne wakacje u siostry ("towarzyszy w podróży", "bo mama sama już nie dałaby rady") w moim złotym łańcuszku na szyi. Wszedł mamie na rentę, z tego jadł, żywił mamę i mieszkał) a na końcu podsunął mamie do podpisania testament, że mieszkanie dla niego.
Mama miała jeszcze przebłyski pamięci i zawiadomiła mnie telefonicznie. Co to, to nie! Mieszkanie miało być dla mnie, za to wszystko, co siostra wcięła przedtem. "Wnuczek" może mieć usufruit (korzystanie) ale nie całość. Przyjechałyśmy obie. "Wnuczka" won, mamę się ubezwłasnowolniło (przedtem u notariusza przepisała na mnie testament), znalazłyśmy dobry dom opieki a mamy opiekunem prawnym została mieszkająca na miejscu żona kuzyna. Nadwyżki renty po opłaceniu NFZ-u odkładała na PKO, lecz za zyski z mieszkania (wynajęte znajomym podobno tylko za opłaty i czynsze) zbudowała synkowi willę. Nie miałam z tego ani grosza a jeszcze miałam wyrzuty sumienia. Bo może powinnam przekreślić własne życie, rzucić tu wszystko, wrócić i podcierać mamę? A potem się samotnie zestarzeć i umrzeć w Polsce?
Teraz, gdy czytam Wasze forum, trochę mi to przeszło. "Dla dobra rodziny" nie powinno poświęcać się kogoś młodszego i sprawniejszego. Szefem rodziny jest ten, co decyduje o sobie i innych w pełni sił umysłowych i fizycznych. A nie zdziecinniała staruszka, z której robi się przerażone egoistyczne dziecko. Tak samo alkoholik, o ile rodzina się go zaraz nie pozbędzie, potrafi całą rodzinę wciągnąć w swoje piekło.
Kto tu decyduje, niech myśli o dobru CAŁEJ rodziny. Dzieci też wysyłamy do złobków, przedszkoli, szkół – nie słuchając ich płaczu, że wolałyby zostać w domu. Tu czytam, że opiekunowie nie mają już własnego życia i są na skraju wyczerpania nerwowego. Czy nie było innego wyjścia, czy byli za słabi psychicznie, nie potrafili odmówić płaczącemu dziecku więc pozwolili sobie wejść na głowę i teraz się zamęczać? Nie wiem, odpowiedzcie mi.
Znalazłyśmy dobry dom opieki. Z NFZ-tu, w Lisówkach pod Poznaniem, otoczony dużym parkiem. Mama miała tam własny pokoik ze wspólną łazienką pomiędzy pokoikami. Dom był koedukacyjny, zaraz znalazł się jakiś astystujący mamie staruszek, co nawet załatwił sobie przyległy pokoik. Tak, że mama miała tam jakieś miłe towarzystwo a nie była sama.
Potem mama umarła. Proces o spadkowe trwał trzy lata, bo "wnuczek" przedstawił swój testament ( i nadal ani grosza z mieszkania nie widziałam). W końcu biegły psychiatra sądowy (kosztował 500 zł) orzekł, że mama była niepoczytalna już dawno, a więc wszystkie testamenty są nieważne. A sędzia rozsądził: "obu paniom po równo". Po cichu bogatsza siostra zrzekła się z wpływów za mieszkanie na mnie. Mam usufruit. Odziedziczą jej dzieci.
Mam we Francji przyjaciela, z dorosłymi już dziećmi, co mają już własne firmy, rodziny, samochody. Do głowy nikomu nie przyjdzie, żeby w razie czego podcierać nas osobiście. Niech to robi lepiej jakiś płatny wykwalifikowany personel. (Widzę, że i moja babcia o tym myślała, ale nie zdążyła.) A i ja tak myślę.
Widzę, że od kiedy mogę decydować o sobie, niedobrze jest tę decyzję zostawiać w rękach innych osób. Sama, choć byłam już dorosła, za długo ulegałam matce. Niestety, "polskie warunki", rządzi rodziną ten, kto ma pieniądze, napełnia lodówkę i płaci rachunki. A młody pracownik nie stanie od razu na własnych nogach.
W tej chwili z Polski uciekło całe pokolenie (coś 4 miliony wg "spiskowych stronek"). Kto i jak będzie się pozostawionymi staruszkami opiekował? Pomyślcie i o sobie.