Ludzie! Ja nie chcę tak umierać!
: środa 18 lut 2015, 04:30
To forum mnie przeraża! Chyba najgorszy rodzaj starzenia się i śmierci. (Co mam w alternatywie? Umrzeć dość świadomie na coś innego?)
"Zaczynasz i kończysz tak samo: bez zębów, z zasraną pieluchą, zdany na czyjąś łaskę." (Demotywatory)
Ale załóżmy. Wiem, że się starzeję, co naturalne i na to nic nie poradzę. Siły fizyczne się zmniejszają, umysłowe prawdopodobnie również. Jeszcze specjalnie tego nie zauważam, ale słyszałam, że po 40-tce nikt już nie zda matury. Czego mnie uczono na studiach, też już dawno większości zapomniałam.
Pojawiają się różne chroniczne choroby, nadciśnienie, zadyszka i wiem, że będzie coraz gorzej. Być może mam też pewne obciążenia dziedziczne. Co było mojej mamie? Zapominanie, lekka demencja, na końcu wylew z powodu nadciśnienia...
Czy oddanie starych rodziców do domu opieki jest jest tak samo moralnie naganne jak oddanie psa do schroniska? Pies jest porzucony i nie wiemy, co się z nim dalej stanie (może go uśpią, może trafi w dobre ręce). Pies nas kocha i ma rozdarte serce. W domu opieki, blisko zamieszkania, mogę odwiedzać mamę kiedy zechcę, pomagać w pielęgnacji (umycie głowy, fryzjer), przynosić przysmaki i nowiny. Wiem, że wszystkie zabiegi pielęgnacyjne (podanie leków, pomoc w myciu, ubieraniu, zabiegi pielęgnacyjne) będą wykonane przez fachowy (i silniejszy ode mnie, gdy chodzi o przewijanie) personel. Uwalnia mnie to od niepokoju, co się z mamą dzieje gdy już wymaga opieki 24/24. No i odciąża fizycznie i umysłowo, tak, że mogę normalnie pracować.
Tu czytam na forum, że osoby opiekujące się swoimi niepoczytalnymi już rodzicami w domu, są na skaju wyczerpania nerwowego. Sprawa ich przerasta.
Uważam dom opieki za rodzaj szpitala czy sanatorium dla staruszków. Starania o pacjentów są podobne. Przecież w wypadku jakiejś choroby czy złamania, nie mamy nic przeciw. Do domu też wynajmujemy opiekunki, co w naszej nieobecności się mamą zajmą. Nie musimy każdego przewinięcia czy karmienia dokonywać osobiście.
Gdzie różnica? Bo domu opieki już się raczej żywym nie opuści (choć są wypadki). Pobyt skończy się śmiercią. Czyli, jak pisze joannap, Alzheimer to "śmierć na raty".
"- To ja już na dożywocie tu jestem?" – pytała odwiedzającą ją córkę pewna miła staruszka, z drżeniem w głosie i uczuciami porzuconego dziecka. Na ławce obok mnie przed Domem Opieki w Lisówkach, gdzie wyszłam na papierosa.
- Mamo, poświęciłam ci dwa lata mego życia, więcej nie potrafię. (Córka też miała rodzinę, męża, pracę, małe dzieci. Dziś już nie ma wielopokoleniowych rodzin z dużym metrażem, niepracującymi ubogimi krewnymi, które są żywione i pomagają rodzinie. Dziś wszystko trzeba zrobić samemu. Przeciążenie. Lub też kwestia ekonomiczna: gdyby były pieniądze, byłoby łatwiej.)
Czytam, że w starości pamięć chwilowa robi się gorsza. Lecz stare wspomnienia z dzieciństwa i młodości pozostają? No i emocje nadal istnieją. A że nie przysłonięte rozumowaniem, mogą być jeszcze silniejsze, jak u psa czy małego dziecka. No i czytam na forum, że charakter też pozostaje.
Moja mama w ostatnim okresie miała wymazaną pamięć. Pytała: "ile mam lat? ile miałam dzieci?" Lecz nadal to był ten sam człowiek. Wymazało jej tylko archiwum danych, widocznie już ich nie potrzebowała. Odrzuciła "bagaż pamięci". Ale była serdeczna i życzliwa dla wszystkich i specjalnie nam to nie przeszkadzało.
Pamięć działała jak migająca żarówka z uszkodzonym kontaktem: czasem się mamie coś przypominało, co opowiadała dokładnie, a czasem znowu nic, ciemno. Ale charakter, osobowość, świadomość siebie – pozostawała. Nadal to był ten sam człowiek.
Myślę tu o moim wypadku. W 2010 miałam udar mózgu, z powodu nadciśnienia i znalazłam się w szpitalu. Tomografia wykazała, że maleńki skrzep zablokował jakąś tętniczkę w pobliżu pnia mózgu w ośrodku równowagi i część mózgu została niedotleniona. (Ciśnienie mi obniżyli, krew rozrzedzili, skrzep się rozpuścił i wszystko wróciło do normy.)
Ale jak to wyglądało "od środka"? Obudził mnie w nocy potworny ból głowy (najbardziej podobny do kaca przy zatruciu alkoholowym). A że nic na to nie można zrobić, postarałam się zasnąć na nowo. A rano okazało się, że nie umiem chodzić! Jak niemowlę, które się jeszcze tego nie nauczyło! Padałam na lewą stronę. Oj, niedobrze, to coś poważniejszego. Co robić? Powinnam z tym do szpitala, ale jak tam będzie z moimi papierosami? (Największe zmartwienie, w tej chwili panuje jakaś hipochondryczna nagonka na palaczy i wszędzie zakaz.) Myślałam: przeciętnie inteligentne niemowlę nauczy się chodzić w tydzień – i ja potrafię. Do łazienki dojdę na czworakach, zapasów jedzenia wystarczy (trochę mało tytoniu). I w tym niedecydowaniu zadzwoniłam do przyjaciółki, a ta na pogotowie. Po południu w szpitalu moje ciśnienie wynosiło 240. Potem na internecie znalazłam, że w takich wypadkach trzeba działać szybko, im szybsza pomoc tym skuteczniejsza.
Uczynna sąsiadka po pracy dowoziła mi, o co prosiłam: kosmetyczkę, zapasowe gacie, książki. (Ci, co mnie zabrali pogotowiem, mogli i o tym wspomnieć a nie tylko pytać o zażywane lekarstwa.)
Poprawiało mi się szybko, po trzech dniach już chodziłam, lecz ściągało mnie wyraźnie w lewą stronę. Czułam się w ciele zupełnie tak samo jak w źle wyregulowanym samochodzie, który ściąga na lewo. Zupełnie takie samo uczucie! Co do reszty – byłam tak samo "sobą" jak zawsze.
Dla mnie jest do dowód, jak wszystkie religie nas uczą, że ciało jest tylko "opakowaniem" duszy czy świadomości siebie czy umysłu (jak zwał tak zwał). Warto by zapytać o to tych po wylewie, w połowie sparaliżowanych jak moja cioteczna prababka, którą opiekowała się kuzynka. A nawet był we Francji wypadek, że pewien dziennikarz został zupełnie sparaliżowany (uwięziony we własnym ciele) i tylko mruganiem powieki mógł się porozumiewać z otoczeniem. I jeszcze w takich warunkach podyktował książkę o swoich doświadczeniach! Po czym umarl. "Opuścił ciało" jak mówią na buddyźmie.
Mam wrażenie, że podobna historia zachodzi przy Alzheimerze. Pamięć wyrzuca niepotrzebne już informacje tak jak ja czyszczę komputer z nagromadzonego śmiecia. Osobowość czy tożsamość pozostaje, podobnie jak i charakter.
Cdn, ale muszę się namyślić.
"Zaczynasz i kończysz tak samo: bez zębów, z zasraną pieluchą, zdany na czyjąś łaskę." (Demotywatory)
Ale załóżmy. Wiem, że się starzeję, co naturalne i na to nic nie poradzę. Siły fizyczne się zmniejszają, umysłowe prawdopodobnie również. Jeszcze specjalnie tego nie zauważam, ale słyszałam, że po 40-tce nikt już nie zda matury. Czego mnie uczono na studiach, też już dawno większości zapomniałam.
Pojawiają się różne chroniczne choroby, nadciśnienie, zadyszka i wiem, że będzie coraz gorzej. Być może mam też pewne obciążenia dziedziczne. Co było mojej mamie? Zapominanie, lekka demencja, na końcu wylew z powodu nadciśnienia...
Czy oddanie starych rodziców do domu opieki jest jest tak samo moralnie naganne jak oddanie psa do schroniska? Pies jest porzucony i nie wiemy, co się z nim dalej stanie (może go uśpią, może trafi w dobre ręce). Pies nas kocha i ma rozdarte serce. W domu opieki, blisko zamieszkania, mogę odwiedzać mamę kiedy zechcę, pomagać w pielęgnacji (umycie głowy, fryzjer), przynosić przysmaki i nowiny. Wiem, że wszystkie zabiegi pielęgnacyjne (podanie leków, pomoc w myciu, ubieraniu, zabiegi pielęgnacyjne) będą wykonane przez fachowy (i silniejszy ode mnie, gdy chodzi o przewijanie) personel. Uwalnia mnie to od niepokoju, co się z mamą dzieje gdy już wymaga opieki 24/24. No i odciąża fizycznie i umysłowo, tak, że mogę normalnie pracować.
Tu czytam na forum, że osoby opiekujące się swoimi niepoczytalnymi już rodzicami w domu, są na skaju wyczerpania nerwowego. Sprawa ich przerasta.
Uważam dom opieki za rodzaj szpitala czy sanatorium dla staruszków. Starania o pacjentów są podobne. Przecież w wypadku jakiejś choroby czy złamania, nie mamy nic przeciw. Do domu też wynajmujemy opiekunki, co w naszej nieobecności się mamą zajmą. Nie musimy każdego przewinięcia czy karmienia dokonywać osobiście.
Gdzie różnica? Bo domu opieki już się raczej żywym nie opuści (choć są wypadki). Pobyt skończy się śmiercią. Czyli, jak pisze joannap, Alzheimer to "śmierć na raty".
"- To ja już na dożywocie tu jestem?" – pytała odwiedzającą ją córkę pewna miła staruszka, z drżeniem w głosie i uczuciami porzuconego dziecka. Na ławce obok mnie przed Domem Opieki w Lisówkach, gdzie wyszłam na papierosa.
- Mamo, poświęciłam ci dwa lata mego życia, więcej nie potrafię. (Córka też miała rodzinę, męża, pracę, małe dzieci. Dziś już nie ma wielopokoleniowych rodzin z dużym metrażem, niepracującymi ubogimi krewnymi, które są żywione i pomagają rodzinie. Dziś wszystko trzeba zrobić samemu. Przeciążenie. Lub też kwestia ekonomiczna: gdyby były pieniądze, byłoby łatwiej.)
Czytam, że w starości pamięć chwilowa robi się gorsza. Lecz stare wspomnienia z dzieciństwa i młodości pozostają? No i emocje nadal istnieją. A że nie przysłonięte rozumowaniem, mogą być jeszcze silniejsze, jak u psa czy małego dziecka. No i czytam na forum, że charakter też pozostaje.
Moja mama w ostatnim okresie miała wymazaną pamięć. Pytała: "ile mam lat? ile miałam dzieci?" Lecz nadal to był ten sam człowiek. Wymazało jej tylko archiwum danych, widocznie już ich nie potrzebowała. Odrzuciła "bagaż pamięci". Ale była serdeczna i życzliwa dla wszystkich i specjalnie nam to nie przeszkadzało.
Pamięć działała jak migająca żarówka z uszkodzonym kontaktem: czasem się mamie coś przypominało, co opowiadała dokładnie, a czasem znowu nic, ciemno. Ale charakter, osobowość, świadomość siebie – pozostawała. Nadal to był ten sam człowiek.
Myślę tu o moim wypadku. W 2010 miałam udar mózgu, z powodu nadciśnienia i znalazłam się w szpitalu. Tomografia wykazała, że maleńki skrzep zablokował jakąś tętniczkę w pobliżu pnia mózgu w ośrodku równowagi i część mózgu została niedotleniona. (Ciśnienie mi obniżyli, krew rozrzedzili, skrzep się rozpuścił i wszystko wróciło do normy.)
Ale jak to wyglądało "od środka"? Obudził mnie w nocy potworny ból głowy (najbardziej podobny do kaca przy zatruciu alkoholowym). A że nic na to nie można zrobić, postarałam się zasnąć na nowo. A rano okazało się, że nie umiem chodzić! Jak niemowlę, które się jeszcze tego nie nauczyło! Padałam na lewą stronę. Oj, niedobrze, to coś poważniejszego. Co robić? Powinnam z tym do szpitala, ale jak tam będzie z moimi papierosami? (Największe zmartwienie, w tej chwili panuje jakaś hipochondryczna nagonka na palaczy i wszędzie zakaz.) Myślałam: przeciętnie inteligentne niemowlę nauczy się chodzić w tydzień – i ja potrafię. Do łazienki dojdę na czworakach, zapasów jedzenia wystarczy (trochę mało tytoniu). I w tym niedecydowaniu zadzwoniłam do przyjaciółki, a ta na pogotowie. Po południu w szpitalu moje ciśnienie wynosiło 240. Potem na internecie znalazłam, że w takich wypadkach trzeba działać szybko, im szybsza pomoc tym skuteczniejsza.
Uczynna sąsiadka po pracy dowoziła mi, o co prosiłam: kosmetyczkę, zapasowe gacie, książki. (Ci, co mnie zabrali pogotowiem, mogli i o tym wspomnieć a nie tylko pytać o zażywane lekarstwa.)
Poprawiało mi się szybko, po trzech dniach już chodziłam, lecz ściągało mnie wyraźnie w lewą stronę. Czułam się w ciele zupełnie tak samo jak w źle wyregulowanym samochodzie, który ściąga na lewo. Zupełnie takie samo uczucie! Co do reszty – byłam tak samo "sobą" jak zawsze.
Dla mnie jest do dowód, jak wszystkie religie nas uczą, że ciało jest tylko "opakowaniem" duszy czy świadomości siebie czy umysłu (jak zwał tak zwał). Warto by zapytać o to tych po wylewie, w połowie sparaliżowanych jak moja cioteczna prababka, którą opiekowała się kuzynka. A nawet był we Francji wypadek, że pewien dziennikarz został zupełnie sparaliżowany (uwięziony we własnym ciele) i tylko mruganiem powieki mógł się porozumiewać z otoczeniem. I jeszcze w takich warunkach podyktował książkę o swoich doświadczeniach! Po czym umarl. "Opuścił ciało" jak mówią na buddyźmie.
Mam wrażenie, że podobna historia zachodzi przy Alzheimerze. Pamięć wyrzuca niepotrzebne już informacje tak jak ja czyszczę komputer z nagromadzonego śmiecia. Osobowość czy tożsamość pozostaje, podobnie jak i charakter.
Cdn, ale muszę się namyślić.