Dlaczego uciekają?
: czwartek 19 lut 2015, 03:22
Zastanawiam się, co wiem na ten temat.
Pamiętam z młodości dwie pogodne staruszki (matki przyjaciółki matki i matka mojej), uśmiechające się do gości ze swoich foteli. Te były prawdopodobnie "u siebie", "od zawsze" w tym samym mieszkaniu. Te nie uciekały.
Wiem, że moja przyjaciółka musiała na fotel podkładać lekko nadmuchaną dętkę do nauki pływania dla dzieci. Pod kocykiem – zabezpieczało to przed odleżynami w wypadku długiego siedzenia.
Czy dzisiaj mamy jeszcze w mieszkaniach fotele, gdzie osoby starsze mogą wygodnie siedzieć a nie leżeć? A jeśli nie, to może należy taki fotel sprawić, aby osoba z demencją czuła się na nim jeśli nie "u siebie", to na swoim prywatnym ulubionym wygodnym miejscu?
Dwa razy spotkałam staruszkę "na ucieczce". Raz odwiedzałam znajomego, 4 km za wsią. Przyjął mnie na progu, bo ładna pogoda a w domu nieporządek, pełno kotów,co mogą uciec itp. Też był już starszą osobą.
Przechodząca staruszka zapytała nas o drogę. Opowiadała, że mieszka w Porte de Lilas (przedmieście Paryża, ok. 80 km stąd), ma tam kota, którym musi się opiekować i że właśnie tam idzie.
- Taki kawał pieszo? A gdzie będzie pani spała po drodze?
Staruszka zrobiła głupią minę. (W rowie? Ale widać było po niej, że ma zamiar sobie sobie poradzić.)
I tu zaczęliśmy podejrzewać, że z babcią coś "nie tak". Choć przedtem rozmawiała rzeczowo i logicznie. A wtedy jeszcze nie wiedziałam o Alzheimerze.
Wtedy mój znajomy powiedział:
- Bardzo mi przykro, więcej nie potrafię pani pomóc.
Wszedł do domu i zamknął drzwi za sobą. Moja wizyta skończona.
Miałam mu to nieco za złe: w końcu kobieta, starsza, wypadało się jakoś zaopiekować. Nie było to zbyt po dżentelmeńsku.
Z kłopotu wybawiła mnie sąsiadka po drugiej stronie ulicy. Otworzyła okno i zawołała, że babcia pewnie uciekła z domu opieki. Podała mi adres w miasteczku (małym, łatwo znajdę) i podwiozłam babcię. Tam babcia ruszyła pewnie, dom poznała, na miejscu właśnie podawano podwieczorek a jakaś pielęgniarka mi podziękowała za podwiezienie.
Innym razem szłam odwiedzić kolegę w dzielnicy willowej, domki w ogródkach, i z jednego zawołała mnie staruszka. Prosiła, by wezwać jej taksówkę, bo tu dom zamknięty, wejść nie można a ona mieszka przy Starym Rynku (kilka km stąd). Była bardzo przekonywująca, jak ludzie, którzy wierzą w to, co głoszą. Widocznie coś tam pamiętała, a resztę uzupełniała konfabulacją. Nie było to świadome kłamstwo.
Już miałam sięgać po komórkę, gdy pomyślałam:
- No dobrze, ale jak pani stąd wyjdzie? Furtka zamknięta, górą nawet mi byłoby trudno. I czy ma pani pieniądze na taksówkę? Wtedy zauważyłam, że babcia ma na nogach domowe pantofle. Wobec tego odpowiedziałam jak kiedyś mój znajomy:
- Przepraszam, nic dla pani nie mogę zrobić.
Dlaczego uciekają?
Zajrzałam na linka podanego przez Tomka (środa 18 lut 2015, 11:14 , http://www.alzheimer-opiekuni.pl/forum/ ... f=13&t=154" target="newWin" target="newWin ).
No tak, nie są "u siebie" i szukają bezpieczeństwa.
"U siebie", "na swoim", "na własnych śmieciach" – już nie wyrobią z opłatami ani nawet z codziennością. Niemniej postarajmy się im zapewnić choćby mały kącik, ale "własny" (fotel, stolik, łóżko, parę drobiazgów) tak jak psu zapewniamy "własne" legowisko. To zwiększa poczucie bezpieczeństwa.
Jedna rzecz mi się tu wydała przerażająca: to, że zdenerwowany i przemęczony opiekun może warknąć, skrzyczeć czy nawet pobić podopiecznego (zdarza się). Normalnie bym się tym nie przejmowała, lecz tu są osoby tak słabe psychicznie jak fizycznie, najczęściej w depresji. A wtedy każdy drobiazg urasta do wysokości góry. Zły nastrój u osoby, od której jestem całkowicie zależna budzi przerażenie, dużo większe niż w stanie normalnym. A emocje pomimo choroby pozostają. Postarajmy się, aby ton głosu był łagodny, wesoły i optymistyczny. Akceptujący – jak do własnego pieska. Nieważne, że nie rozumie – lubi jak z nim rozmawiam, coś mu opowiadam, nawet poczytam gazetę.
Miły nastrój w domu, bezpieczeństwo psychiczne jest ważniejsze od fizycznego dobrobytu. Zjeść mogę byle co (z wiekiem apetyt i poczucie głodu mija), okryć się mogę starym kocem, lecz być zdanym na łaskę okrutnego strażnika to więzienie lub piekło – każdy ucieknie. Postawcie się psychicznie na ich miejscu – uczucia bezsilności, strachu, przerażenia są dużo silniejsze w depresji.
Nie wiem, czy rodzina jest zawsze najodpowiedniejsza do zajmowania się takimi osobami. Owszem, nikt inny tego nie chce robić (chyba że za grube pieniądze, na co nas nie stać). Lecz przecież i chirurg nie operuje członków własnej rodziny, za wzglądu na obciążenia psychiczne. Mogłaby mu ze zdenerwowania drgnąć ręka, a tu trzeba wykonać zadanie jak najbardziej obiektywnie i neutralnie. Wśród członków rodziny nieraz nagromadziły się wieloletnie nieporozumienia i pretensje, co teraz utrudniają szczerą serdeczną komunikację.
Pamiętam z młodości dwie pogodne staruszki (matki przyjaciółki matki i matka mojej), uśmiechające się do gości ze swoich foteli. Te były prawdopodobnie "u siebie", "od zawsze" w tym samym mieszkaniu. Te nie uciekały.
Wiem, że moja przyjaciółka musiała na fotel podkładać lekko nadmuchaną dętkę do nauki pływania dla dzieci. Pod kocykiem – zabezpieczało to przed odleżynami w wypadku długiego siedzenia.
Czy dzisiaj mamy jeszcze w mieszkaniach fotele, gdzie osoby starsze mogą wygodnie siedzieć a nie leżeć? A jeśli nie, to może należy taki fotel sprawić, aby osoba z demencją czuła się na nim jeśli nie "u siebie", to na swoim prywatnym ulubionym wygodnym miejscu?
Dwa razy spotkałam staruszkę "na ucieczce". Raz odwiedzałam znajomego, 4 km za wsią. Przyjął mnie na progu, bo ładna pogoda a w domu nieporządek, pełno kotów,co mogą uciec itp. Też był już starszą osobą.
Przechodząca staruszka zapytała nas o drogę. Opowiadała, że mieszka w Porte de Lilas (przedmieście Paryża, ok. 80 km stąd), ma tam kota, którym musi się opiekować i że właśnie tam idzie.
- Taki kawał pieszo? A gdzie będzie pani spała po drodze?
Staruszka zrobiła głupią minę. (W rowie? Ale widać było po niej, że ma zamiar sobie sobie poradzić.)
I tu zaczęliśmy podejrzewać, że z babcią coś "nie tak". Choć przedtem rozmawiała rzeczowo i logicznie. A wtedy jeszcze nie wiedziałam o Alzheimerze.
Wtedy mój znajomy powiedział:
- Bardzo mi przykro, więcej nie potrafię pani pomóc.
Wszedł do domu i zamknął drzwi za sobą. Moja wizyta skończona.
Miałam mu to nieco za złe: w końcu kobieta, starsza, wypadało się jakoś zaopiekować. Nie było to zbyt po dżentelmeńsku.
Z kłopotu wybawiła mnie sąsiadka po drugiej stronie ulicy. Otworzyła okno i zawołała, że babcia pewnie uciekła z domu opieki. Podała mi adres w miasteczku (małym, łatwo znajdę) i podwiozłam babcię. Tam babcia ruszyła pewnie, dom poznała, na miejscu właśnie podawano podwieczorek a jakaś pielęgniarka mi podziękowała za podwiezienie.
Innym razem szłam odwiedzić kolegę w dzielnicy willowej, domki w ogródkach, i z jednego zawołała mnie staruszka. Prosiła, by wezwać jej taksówkę, bo tu dom zamknięty, wejść nie można a ona mieszka przy Starym Rynku (kilka km stąd). Była bardzo przekonywująca, jak ludzie, którzy wierzą w to, co głoszą. Widocznie coś tam pamiętała, a resztę uzupełniała konfabulacją. Nie było to świadome kłamstwo.
Już miałam sięgać po komórkę, gdy pomyślałam:
- No dobrze, ale jak pani stąd wyjdzie? Furtka zamknięta, górą nawet mi byłoby trudno. I czy ma pani pieniądze na taksówkę? Wtedy zauważyłam, że babcia ma na nogach domowe pantofle. Wobec tego odpowiedziałam jak kiedyś mój znajomy:
- Przepraszam, nic dla pani nie mogę zrobić.
Dlaczego uciekają?
Zajrzałam na linka podanego przez Tomka (środa 18 lut 2015, 11:14 , http://www.alzheimer-opiekuni.pl/forum/ ... f=13&t=154" target="newWin" target="newWin ).
No tak, nie są "u siebie" i szukają bezpieczeństwa.
"U siebie", "na swoim", "na własnych śmieciach" – już nie wyrobią z opłatami ani nawet z codziennością. Niemniej postarajmy się im zapewnić choćby mały kącik, ale "własny" (fotel, stolik, łóżko, parę drobiazgów) tak jak psu zapewniamy "własne" legowisko. To zwiększa poczucie bezpieczeństwa.
Jedna rzecz mi się tu wydała przerażająca: to, że zdenerwowany i przemęczony opiekun może warknąć, skrzyczeć czy nawet pobić podopiecznego (zdarza się). Normalnie bym się tym nie przejmowała, lecz tu są osoby tak słabe psychicznie jak fizycznie, najczęściej w depresji. A wtedy każdy drobiazg urasta do wysokości góry. Zły nastrój u osoby, od której jestem całkowicie zależna budzi przerażenie, dużo większe niż w stanie normalnym. A emocje pomimo choroby pozostają. Postarajmy się, aby ton głosu był łagodny, wesoły i optymistyczny. Akceptujący – jak do własnego pieska. Nieważne, że nie rozumie – lubi jak z nim rozmawiam, coś mu opowiadam, nawet poczytam gazetę.
Miły nastrój w domu, bezpieczeństwo psychiczne jest ważniejsze od fizycznego dobrobytu. Zjeść mogę byle co (z wiekiem apetyt i poczucie głodu mija), okryć się mogę starym kocem, lecz być zdanym na łaskę okrutnego strażnika to więzienie lub piekło – każdy ucieknie. Postawcie się psychicznie na ich miejscu – uczucia bezsilności, strachu, przerażenia są dużo silniejsze w depresji.
Nie wiem, czy rodzina jest zawsze najodpowiedniejsza do zajmowania się takimi osobami. Owszem, nikt inny tego nie chce robić (chyba że za grube pieniądze, na co nas nie stać). Lecz przecież i chirurg nie operuje członków własnej rodziny, za wzglądu na obciążenia psychiczne. Mogłaby mu ze zdenerwowania drgnąć ręka, a tu trzeba wykonać zadanie jak najbardziej obiektywnie i neutralnie. Wśród członków rodziny nieraz nagromadziły się wieloletnie nieporozumienia i pretensje, co teraz utrudniają szczerą serdeczną komunikację.