"Czy chciałabyś, żebym już umarła?"
: sobota 21 lut 2015, 00:57
Ktoś na forum wspomniał o takim pytaniu. Może paść, może być w domyśle. Odpowiadamy; "ależ, skądże" lecz czy zupełnie szczerze? Czy i w nas, przeciążonych opiekunach, nie ma pragnienia, aby wszystko się w końcu skończyło? I takie wpół-uświadomione życzenie możemy sobie potem wyrzucać latami.
(Choć bardziej sobie wyrzucam wszystkie momenty, gdy nie wykazałam wystarczającej serdeczności. Na to uważajmy, póki jest jeszcze czas.)
Znalazłam w pewnej książce ("Rudy Orm", autor: F.G. Bengtsson ) najlepszą odpowiedź na takie pytanie. Młody wiking nudzi się zimą w domu, kłóci się z zarządzającą domem starą matką, która w końcu go pyta, czy chciałby, żeby już umarła. Na co on odpowiada, że w tej sprawie nie chce matce doradzać, matka postąpi, jak sama uważa a on potrafi się pogodzić z każdą sytuacją.
Uważam taką odpowiedź za najlepszą. Pytanie było próbą molestowania psychicznego. Wiadomo, że "jest jak jest", obie strony chciałyby, żeby było lepiej i wygodniej, lecz trzeba jakoś sobie poradzić i z sytuacji wybrnąć. (Choć obie strony wolałyby być gdzie indziej.) Śmierć, która i tak nastąpi, jest rozwiązaniem ostatecznym. Na razie zróbmy, co trzeba zrobić dzisiaj.
Czy takie pytanie świadczy, że chora nie widzi lepszego wyjścia z sytuacji? Czy tylko testuje moją wytrzymałość i ile jeszcze czasu potrafię się nią opiekować?
Za cudzą starość, chorobę i śmierć nie jestem odpowiedzialna. Wszyscy jesteśmy "zanurzeni w czasie" i czas nas nadgryza, nadweręża i w końcu pożera. Robię co mogę, pomagam jak potrafię – a reszta w ręku Boga.
Ale dla mnie takie bolesne pytanie świadczy, że chora także nie widzi wyjścia z sytuacji. Rozumie, że za bardzo obciąża otoczenie. Więc może lepiej znaleźć dom opieki, gdzie MA PRAWO być, a zajmie się nią płatny personel, emocjonalnie neutralny i pracujący tylko 8 h na dobę nie 24.
Nie wiem; pytam co o tym sądzicie. Bo dla mnie najważniejsza jest atmosfera psychiczna a nie, że mi się regularnie poda leki, nakarmi czy przewinie. Chyba nawet resztką świadomości rozumiem, że lepiej nie będzie i pora umierać.
(Choć bardziej sobie wyrzucam wszystkie momenty, gdy nie wykazałam wystarczającej serdeczności. Na to uważajmy, póki jest jeszcze czas.)
Znalazłam w pewnej książce ("Rudy Orm", autor: F.G. Bengtsson ) najlepszą odpowiedź na takie pytanie. Młody wiking nudzi się zimą w domu, kłóci się z zarządzającą domem starą matką, która w końcu go pyta, czy chciałby, żeby już umarła. Na co on odpowiada, że w tej sprawie nie chce matce doradzać, matka postąpi, jak sama uważa a on potrafi się pogodzić z każdą sytuacją.
Uważam taką odpowiedź za najlepszą. Pytanie było próbą molestowania psychicznego. Wiadomo, że "jest jak jest", obie strony chciałyby, żeby było lepiej i wygodniej, lecz trzeba jakoś sobie poradzić i z sytuacji wybrnąć. (Choć obie strony wolałyby być gdzie indziej.) Śmierć, która i tak nastąpi, jest rozwiązaniem ostatecznym. Na razie zróbmy, co trzeba zrobić dzisiaj.
Czy takie pytanie świadczy, że chora nie widzi lepszego wyjścia z sytuacji? Czy tylko testuje moją wytrzymałość i ile jeszcze czasu potrafię się nią opiekować?
Za cudzą starość, chorobę i śmierć nie jestem odpowiedzialna. Wszyscy jesteśmy "zanurzeni w czasie" i czas nas nadgryza, nadweręża i w końcu pożera. Robię co mogę, pomagam jak potrafię – a reszta w ręku Boga.
Ale dla mnie takie bolesne pytanie świadczy, że chora także nie widzi wyjścia z sytuacji. Rozumie, że za bardzo obciąża otoczenie. Więc może lepiej znaleźć dom opieki, gdzie MA PRAWO być, a zajmie się nią płatny personel, emocjonalnie neutralny i pracujący tylko 8 h na dobę nie 24.
Nie wiem; pytam co o tym sądzicie. Bo dla mnie najważniejsza jest atmosfera psychiczna a nie, że mi się regularnie poda leki, nakarmi czy przewinie. Chyba nawet resztką świadomości rozumiem, że lepiej nie będzie i pora umierać.