Od czego wszystko zaczęło się ....
: wtorek 14 lut 2012, 12:42
Tak jak napisałam w "Przedstaw się" - to, że nas zamknięto "stare forum" to nie znaczy że świat dla Opiekunów przestał istnieć Ci z nas którzy tu są z czasem rozkręcą się .. a ja tak na dobry początek zacznę (pewnie dla kilkoro osób historia jest znana )Opowiem sam początek - czyli od czego zaczęła się cała sytuacja
Połowa czerwca 2005r.- od czego wszystko zaczęło się?
W połowie czerwca zaplanowaliśmy pierwszą wizytę u Mamy Grzegorza. On zawsze ciepło wypowiadał się o Pani Grażynie. Zawsze było: to taka pogodna mała kobietka, bystra, oczytana, ruchliwa, a do tego czyścioszek jak ich mało …
Jego Mama mieszkała w innym miasteczku, więc to trochę była cała wyprawa, – bo coś do jedzenia, jakieś ciasto – żeby wiekowej Kobietce nie robić kłopotu samą wizytą.
Na miejscu oboje byliśmy zaskoczeni i widokiem mieszkania i samej Pani Grażynki.
Mama Grzegorza owszem Była drobną małą kobietką, lecz Jej wygląd budził wiele zastrzeżeń. Poza tym Była po prostu ogromnie czymś wystraszona. Niby ucieszyła się z naszych odwiedzin, lecz to nie była taka prawdziwa radość, bardzo szybko posmutniała. Często podczas rozmowy uciekała w swój świat … sprawiała wrażenie nieobecnej duchem, lub osoby mającej poważne kłopoty…
Co do mieszkania pomyślałam: ech, kobiecina mieszka sama, ma swoje lata? Więc zwyczajnie może już nie mieć siły, żeby wszystko dokładnie sprzątać?
W którymś momencie chciałam wstawić obiad. Widok, jaki zastałam w kuchni wprawił mnie w niemałe osłupienie … Poza drzwiami od lodówki i kuchenką gazową wszystko przypominało dosłownie pobojowisko.. Wszędzie leżało napoczęte jedzenie, brudne naczynia były dosłownie wszędzie porozstawiane, jakieś słoiczki w każdym koncie. Jedynie drzwi od lodówki i kuchenka gazowa były wyczyszczone na błysk. Ten sprzęt, aż gryzł do bólu oczy na tle stanu całej kuchni.
Poprosiłam na moment Grzegorza …, gdy to zobaczył nie miał wątpliwości, co ma zrobić. Zabrał Panią Grażynkę na długi spacer, była tak piękna pogoda, że grzechem było siedzenie w domu. Ja wymigałam się ze wspólnego spacerowania – zmęczeniem …
Oni zniknęli na jakieś trzy godziny a ja w tym czasie próbowałam, choć odrobinę ogarnąć bałagan. Gdy już wszystko przypominało cywilizowane miejsce, wtedy mogłam wstawić obiadek. W niedługim czasie Grześ z Mamą wrócili.
Sądziłam, że spacer troszkę „rozrusza” Panią Grażynkę, niestety wróciła jeszcze bardziej zdenerwowana i nieobecna….
Wizyta dobiegła końca, pożegnaliśmy się i wróciliśmy do domu, do siebie. Gdy wreszcie znaleźliśmy się w mieszkaniu, nie wytrzymałam i zaczęłam rozmowę, bo:
1. Jeśli ktoś jest uznawany za czyścioszka to, jakim cudem jest w tak opłakanym stanie…
2. To, co zastaliśmy -po prostu kłóci się z opowieściami
3. Abstrahując od całej sytuacji (wygląd i stan mieszkania), kobiecina ma naprawdę poważny kłopot. Tylko, jaki?
Oczywiście Grzegorz zaczął swoje wywody o starości, braku kontaktu z ludźmi itp.
Jednak nie potrafił odpowiedzieć na proste pytanie za 100 pkt.:, jeśli to tylko starość to, dlaczego Pani Grażyna była prawie cały czas „nieobecna”. Gdy „chwilami” odzyskiwała poczucie rzeczywistości – Była naprawdę zaskoczona, że jesteśmy u Niej.
Co gorsze okazało się, że taka sytuacja z Jego Mamą już trwa jakiś czas, lecz wszyscy wyszli z założenia: wiek…, brak kontaktu z ludźmi?…
Jednak nikt nie zadał sobie trudu, aby dotrzeć do setna sprawy…
Ponieważ w tamtym czasie miałam małą przerwę w pracy (zmiana miejsca), więc ustaliliśmy wspólnie, że na ten czas przeniesiemy się do Pani Grażynki.
To pozwoli ustalić, co tak naprawdę dzieje się z Mamą Grzegorza i zwyczajnie coś zaradzić.
Nie czekając, aż Grzegorz zmieni zdanie zaczęłam szykować wszystko na jutrzejszy wyjazd…
Na drugi dzień zwyczajnie pojechaliśmy do mieszkania Pani Grażynki…
Na miejscu Grzegorz wyjaśnił Mamie sytuację …Kobietka po prostu przyjęła to do wiadomości, bez żadnego sprzeciwu czy komentarza. To, nastąpiło później…
Pani Grażyna dopiero po kilku dniach zorientowała się w sytuacji i wtedy była burzliwa dyskusja. Lecz o tym później…
Ja zajęłam się rozlokowaniem naszych rzeczy w małym pokoiku. W tle słychać było rozmowę coraz bardziej podirytowany głos Grześka i co chwilę te same pytania Pani Grażyny.
Wtedy, nawet do głowy mi nie przyszło, że to objaw chorobowy. Raczej pomyślałam –mało, że nie zapytali o zdanie…, to jeszcze na hura wprowadzają się – każdy byłby zdezorientowany. Pewnie, dlatego tyle pytań.
Pierwszy dzień szybko zleciał.
W tamtym momencie nawet do głowy by mi nie przyszło:
Czym tak naprawdę skończy się ta nasza przeprowadzka i jakie konsekwencje pociągnie?
Gdyby ktoś, powiedział mi, że przez następne kilka lat będę zajmować się śmiertelnie chorą osobą – nie uwierzyłabym! Dlaczego?
- nie jestem pielęgniarką ani opiekunką tylko księgową …
- nie mam cierpliwości do” bardzo przyziemnych” spraw a co dopiero do opieki …
- na logikę biorąc temat – opieka nad kimś to rezygnacja z własnego życia – nie sądzę abym była osobą o tak wielkim sercu…
Lecz co innego rozmawiać i gdybać, „ co by było, gdy …” a co innego stanąć z kłopotem twarzą w twarz…
Na tamtą chwile oboje sądziliśmy, że Pani Grażynka potrzebuje troszkę czasu, aby dojść do siebie …, Do jakiegoś momentu u Niej w domu było zawsze mnóstwo ludzi. Teraz wszyscy pozakładali własne rodziny.
Do Mamy teraz to tylko raz na jakiś czas wpadali, – więc rzeczywiście może to chodziło o brak kogoś do porozmawiania… jeszcze jednej bratniej duszy …
Po kilku dniach Grzegorz pojechał do pracy – na dwa tygodnie. Właściwie dobrze się stało, bo tak to ja na spokojnie ustalę, co się dzieje z Panią Grażynką – czy to naprawdę tylko chodzi o „brak towarzystwa..”
No i zaczęły się prawdziwe schody w dół …
Pierwszego dnia po wyjeździe Grześka do pracy miała miejsce przekomiczna sytuacja:
Godzina 5 rano obudził mnie odgłos lejącej się wody..Odruchowo zwlokłam się z łóżka, żeby zobaczyć gdzie się tak leje …Ha, o tej porze człowiek jest mocno zaspany i nie do końca przytomny..
Wyszłam na przedpokój i jeszcze szybciej wracała do pokoju!
To, co zobaczyłam z miejsca obudziło mnie na dobre-
- Pani Grażynka całkowicie naga, biega jak w ukropie między łazienką i pokojem
Gdy dotarło do mnie, co oczy wdziały pomyślałam- przecież to ja jestem gościem…, jeśli Pani Grażyna trochę czasu mieszkała sama to nie dziwota, że czuje się tak swobodnie… Śmiałam się z siebie i pomyślałam fanie dzień się zaczyna…
Od tamtego ranka takie widoki były na porządku dziennym również w środku dnia. Nie byłoby to dziwne ( szczególnie w czerwcu) gdyby nie fakt, że kąpieli nie było, tylko puszczana woda do wanny.
Bardzo szybko zorientowałam się, że przez ten „bieg w ukropie” w trakcie, Pani Grażyna całkowicie zapominała o umyciu się …
Niestety pomimo całej wesołości poranka ten dzień nie był wcale miły i przyjemny.
Na samym początku przy śniadaniu zaczęła się burzliwa dyskusja:
-, kim ja tak naprawdę jestem i co robię w Jej mieszkaniu….?!
Zaskoczył mnie całkowicie ton i sposób rozmowy, bo przecież:
- już wcześniej byłam przedstawiona,
- przecież od wprowadzenia się minęło kilkanaście dni…, Więc, o co tak naprawdę chodzi?
Ale w dniu wprowadzi, Pani Grażyna nie skomentowała, więc wiedziałam podświadomie: będzie ciąg dalszy.. Tylko trochę później …
Na spokojnie od początku wyjaśniałam:, kim jestem, co tu robię, itp..
Tak jak w przypadku rozmowy Pani Grażyna – Grześ tak i teraz pytania zaczęły się powtarzać – zastanowiło mnie tylko to, że nawet nie mają zmienionej formy…
To trochę tak jakby człowiek słuchał zacinającej się płyty w tym samym miejscu….
Jakimś cudem udało się załagodzić nerwowość Pani Grażynki …
Ja zajęłam się sprzątnięciem po śniadaniu …
W tym czasie Pani Grażynka zaczęła się krzątać po swoim pokoju…, niby nic dziwnego, lecz w pewnej chwili zaczęła się nerwówka…
- gdzie ja to położyłam?!
- czy nie widziałaś moich okularów?
- gdzie są moje klucze?
- gdzie jest portfel?! Na pewno ty go schowałaś, przecież tu leżał.. jeszcze przed chwilą ?!!!
Wyglądało to trochę jak bieg sztafetowy, bo Kobiecina najpierw coś łapała w rękę prawie biegiem do przedpokoju… już ma wychodzić … I znów cofa się do mieszkania i zaczyna biegać po pokoju i nerwowo czegoś szukać.
Zobaczyłam, że to nie przelewki i naprawdę coś zaczyna się dziać. Zostawiłam swoją pracę i zaczęłam pomagać przy szukaniu poszczególnych przedmiotów.
W pierwszej chwili, udzieliła mi się nerwowość Pani Grażynki
– przecież niczego nie dotykałam …, nic nie przekładałam ….
Ale nic to, zaczęłam dosłownie przekopywać różne miejsca w pokoju … święcie przekonana, że pewnie jest gdzieś to wszystko pochowane, gdzieś głęboko…
Gdy spojrzałam na stoliczek nocny, wszystkie te „zguby” leżały cichutko nie wadząc nikomu…, podałam wszystko Pani Grażynce śmiejąc się od ucha do ucha:
-Pani Grażynko, jak się człowiek spieszy to się diabeł cieszy, jak jest się zdenerwowanym to i gdyby patrzył na zgubę to nie będzie jej widzieć
Na tamten moment pomyślałam, że kobieta wyprowadzona z równowagi. Przecież dopiero, co… Uświadomiła sobie, że jeszcze ktoś z Nią mieszka pod jednym dachem..
Pani Grażynka wyszła z domu, ja zaczęłam ogarniać temat – mieszkanie …
Dzień jakoś zleciał, po obiedzie razem wyszłyśmy na spacer.
Chciałam poznać nowe miejsce, wiec przy okazji zabrałam Mamę Grzesia ze sobą i chciałam Ją troszkę rozruszać … rozweselić rozmową.
Niestety cały czas miałam wrażenie, że Pani Grażyna ucieka w swój świat.., Gdy wracała do rzeczywistości zaczynały się na nowo pytania: - kim ja jestem, co tu robię itp.
Więc z uporem spokojnie tłumaczyłam od początku…
Wieczorem po kolacji znów zaczął się maraton łazienka - pokój, pokój- łazienka. Tym razem po porannej nauczce, nie przeszkadzałam w czynnościach..
Ja jeszcze trochę siedziałam i planowałam:, od czego tak naprawdę zacząć generalne sprzątanie mieszkania? Pomyślałam, poproszę o odrobinę pomocy Panią Grażynę to nie potraktuje sytuacji znów nerwowo, jak zajmiemy się obie to:
1. Szybciej posprzątamy
2. Może Kobiecina sama zacznie mówić i nie będę musiała Jej ciągnąć za język:, co się dzieje?
Wreszcie i ja usnęłam…
Godzina 12 w nocy – słyszę, woda się gdzieś leje …
W pierwszej chwili pomyślałam: nie jest aż tak gorąco, żeby nie można było spać w nocy. Co się tam u licha dzieje?. Podirytowana poszłam „zbadać sytuację”.
Co się okazało?
- Pani Grażyna stoi nad miską z praniem…, woda zaczyna przelewać się do wanny, kran cały czas odkręcony. W misce ubranie, … Lecz to, co robiła w niczym nie przypominało prania ręcznego …
Kobieta nasypała dużo proszku do prania, wlała wodę i włożyła rzeczy. Trochę je miętosiła w misce a później, bez płukania; z pianą zaczęła wieszać na sznurku.
No i zatkało mnie: przecież pralka stoi, wystarczyłoby tylko włączyć wieczorem i po sprawie.
I odruchowo zapytałam się, czemu Pani Grażynka nie włączyła pralki tylko tak w ręku w misce – przecież to za ciężko…
Okazało się, że zwyczajnie nie potrafi poradzić sobie z włączeniem pralki, wysłałam Ją do łóżka a sama dokończyłam pranie…
W tamtym momencie sądziłam: to normalne, bo starsi ludzie jak przyzwyczają się do jednego sprzętu to później mają kłopot z dostosowaniem się do jakichkolwiek zmian…
Gdy rano zjadłyśmy śniadanie, (tak jak zaplanowałam) poprosiłam Panią Grażynę o pomoc przy sprzątaniu.
Pomyślałam, okna podłogi sama umyję, ale w całym mieszkaniu jest mnóstwo różnych półek, różnego rodzaju bibelotów, cała masa książek … To przy wycieraniu tego wszystkiego przyda się jeszcze jedna para rąk…
No i zaczęłyśmy.
Przy okazji sprzątania zaczęłam z przerażeniem odkrywać, że mieszkanie wygląda tak jakby latami nie było przez nikogo sprzątane…
Cała masa torebek, torebeczek poskładanych w kostkę, opakowań po lekach, po jedzeniu.., Szafki kuchenne od tego wszystkiego aż pękały w szwach… a ilość przeterminowanego i nadpsutego jedzenia po prostu powaliła mnie na kolana.
Najgorsza była sytuacja taka: poszłam trzymając coś w ręku do wyrzucenia z zapytaniem czy mi wolno to zwyczajnie wyrzucić – Przecież to, co dla mnie jest do kosza wcale nie oznacza, że dla Pani Grażyny to rzeczywiście jest do wyrzucenia… To nie moje mieszkanie, więc nie mogę ot tak sobie wszystko jak leci wywalić.
Odpowiedz:
-zostaw, to jeszcze przyda się …
- nie wyrzucaj jedzenia ja to odkroję i zjem
Moja reakcja na drugą odpowiedz: taa, lecę pędzę na rano będę – tak dam Ci kobieto zjeść starocie.
Na głos powiedziałam: szkoda żołądka…, to nie czasy kryzysu, że niczego w sklepach nie ma.. Jedzenie trzeba zawsze świeże jeść!
Gdy otworzyłam szafki to jedyne, co mi w głowie siedziało: wszystko jak leci wywalić, bo wszystko było aż lepiące się z brudu, nie mówiąc o robactwie,
Łaziło mi po głowie, że brakuje tylko myszy albo szczura do kolekcji i na pewno wtedy tak spokojnie to sprzątanie nie przebiegnie ….
Od chwili, gdy usłyszałam: - nie wyrzucaj jedzenia ja to odkroję i zjem… już o nic w sprawie kuchni nie zapytałam tylko sama wszystko posortowałam. Oczywiście cale jedzenie poszło do kosza.
Udało się kuchnie doprowadzić do użytku…
Więc, łazienka … a w tym czasie trochę gadałyśmy, Pani Grażynka miała wycierać kurze w swoim pokoju…
Słyszę jakiś okropny zamęt w pokoju, weszłam do Mamy Grzegorza i ….
W pokoju stoi pianino, ogromna dębowa szafa i wielki stół dębowy.. Meble bardzo ciężkie …
Gdy rozmawiałyśmy rano wyjaśniłam dokładnie Pani Grażynie, żeby tylko powycierała kurze.. Z meblami nie będziemy same jeździć po mieszkaniu, bo zwyczajnie nawet, gdy uda się je odsunąć to i tak nie damy sobie rady z ustawieniem na miejsce…
Ja 158cm, Pani Grażynka 140 cm, wiec nie ma, co szaleć. Grzegorz wróci to nam to wszystko poodsuwa..Tak umówiłyśmy się rano…
Widzę, jak Mama Grzegorza złapała pianino z jednej strony i jedzie z nim na środek pokoju … Dywan nieściągnięty nóżką zahaczyła i cały mebel zaczyna przechylać się ze wszystkimi bibelotami stojącymi na górze...
W ostatniej chwili złapałam.. Kilka rzeczy rozsypało i potłukło się na podłodze ...
Najpierw obie z ulga odsapnęłyśmy, no a później zaczęło się, … bo przedmioty potłuczone… Pani Grażynka rozpłakała się siedząc przy tym szkle rozbitym…, bo to pamiątki…, co teraz będzie … i co teraz będzie?!
Sama jeszcze roztrzęsiona sytuacją …, zaczęłam ją uspokajać …pozbierałam cale szkło i obiecałam, że może coś z tego uda się jeszcze uratować …
Cała sytuacja dała mi do myślenia:
- przecież wyraźnie mówiłam: tylko kurze
-, kto, samodzielnie przesuwa pianino z niezdjętymi bibelotami ( mając zaledwie 140cm, wzrostu)
Tego dnia sprzątanie zostawiłyśmy – nie zając, nie ucieknie…
Na jeden dzień wrażeń miałam dość …
Chciałam jeszcze tylko poodkurzać podłogę i umyć. Ledwie włączyłam odkurzacz, słyszę straszny krzyk Pani Grażyny. Rzuciłam wszystko, i biegiem do Mamy.
Pewnie znów coś spadło, albo, co gorsze przycięła się Kobiecina czymś, – bo nie posłuchała, że na dziś kończymy generalne porządki…
Wchodzę do pokoju i widzę – Mama Grzesia siedzi na łóżku trzymając się za głowę z przerażeniem w oczach krzyczy w niebogłosy…, Gdy ją uspokoiłam, okazało się, że nic jej nie jest w sensie fizycznym, … To, po co ten krzyk?!
Nim doszłam, co tak naprawdę doprowadziło Ją do takiego przerażenia minęło sporo czasu.
Chodziło o hałas – odkurzacz głośno chodzi. Była tak zdenerwowana, że nawet nie umiała nazwać przedmiotu, który ją tak wyprowadził z równowagi.
W czasie uspokajania po prostu wtuliła się w ramiona płacząc i łkając i tak mocno ściskała mnie…
No i to dla mnie było już trochę za dużo. Tak zachowuje się tylko człowiek wystraszony niemal na śmierć ( w moim rozumieniu pojęcia „strach”)
Pomysł z odkurzaniem poszedł w odstawkę….
Dzień jakoś dobiegł końca.
W nocy zamiast spać zaczęłam głowić się, co tak naprawdę dzieje się z tą kobieciną…
Przestałam na to wszystko(kłopoty Pani Grażyny) patrzyć – to tylko wiek …,
Co tu się do diabła stało się, kobieta jest wystraszona nie na żarty…, Kto za tym do diabła stoi, przecież dorosłego człowieka nie można ot, tak doprowadzić do takiego rozstroju nerwowego?
Od tamtego dnia już tak zostało niemal na stałe:
- płacz na zmianę z krzykiem.
- kilkanaście razy w dzień odpowiadanie na te same pytania
- nerwowość w każdej postaci..
- szukanie różnorakich przedmiotów, które tak naprawdę leżały na wierzchu. Pani Grażyna ich zwyczajnie patrząc na nie, nie rozpoznawała niczego…
Z powodu poszukiwań zaginionych różności dochodziło wielokrotnie do nieprzyjemnych sytuacji.
Wtedy miałam wrażenie, że zawitałam do świata ciągłych podejrzeń i spisków.
Pani Grażyna sprawiała wrażenie osoby, która wiecznie się czegoś boi, wiecznie ktoś coś jej przekłada i nie chce się przyznać … Ona sama jest głównym specjalista od dochodzenia – rozpracowanie spisku pod nazwą:, „Kto mi schował…”
Czekałam, aż Grzegorz wróci do domu, żeby opowiedzieć, o wszystkim. To na 100% nie ma nic wspólnego z wiekiem Mamy, samotnością itp. Nie miałam pojęcia, co mnie tak naprawdę czeka …, dla mnie to były objawy silnego stresu, ogromna dawka nerwów u tej małej kobietki po prostu kazała się zastanowić czy to nie jest jakaś choroba…
Ech, przecież sama nie dojdę, bo nie jestem lekarzem. Za krótko żyję na tym świecie, żeby samemu „diagnozę” stawiać. Przecież nie znam Kobiety na tyle, żeby móc samej decydować o Jej losie…
Poza tym nawet gdyby lekarz był w „robocie” to na siłę Jej nie zaciągnę …I tak muszę poczekać na Grześka – to on jest synem i on powinien decydować, co dalej..
To co już wydarzyło się zaczęło mnie niepokoić … i coraz bardziej denerwowałam się całą sytuacją…
Połowa czerwca 2005r.- od czego wszystko zaczęło się?
W połowie czerwca zaplanowaliśmy pierwszą wizytę u Mamy Grzegorza. On zawsze ciepło wypowiadał się o Pani Grażynie. Zawsze było: to taka pogodna mała kobietka, bystra, oczytana, ruchliwa, a do tego czyścioszek jak ich mało …
Jego Mama mieszkała w innym miasteczku, więc to trochę była cała wyprawa, – bo coś do jedzenia, jakieś ciasto – żeby wiekowej Kobietce nie robić kłopotu samą wizytą.
Na miejscu oboje byliśmy zaskoczeni i widokiem mieszkania i samej Pani Grażynki.
Mama Grzegorza owszem Była drobną małą kobietką, lecz Jej wygląd budził wiele zastrzeżeń. Poza tym Była po prostu ogromnie czymś wystraszona. Niby ucieszyła się z naszych odwiedzin, lecz to nie była taka prawdziwa radość, bardzo szybko posmutniała. Często podczas rozmowy uciekała w swój świat … sprawiała wrażenie nieobecnej duchem, lub osoby mającej poważne kłopoty…
Co do mieszkania pomyślałam: ech, kobiecina mieszka sama, ma swoje lata? Więc zwyczajnie może już nie mieć siły, żeby wszystko dokładnie sprzątać?
W którymś momencie chciałam wstawić obiad. Widok, jaki zastałam w kuchni wprawił mnie w niemałe osłupienie … Poza drzwiami od lodówki i kuchenką gazową wszystko przypominało dosłownie pobojowisko.. Wszędzie leżało napoczęte jedzenie, brudne naczynia były dosłownie wszędzie porozstawiane, jakieś słoiczki w każdym koncie. Jedynie drzwi od lodówki i kuchenka gazowa były wyczyszczone na błysk. Ten sprzęt, aż gryzł do bólu oczy na tle stanu całej kuchni.
Poprosiłam na moment Grzegorza …, gdy to zobaczył nie miał wątpliwości, co ma zrobić. Zabrał Panią Grażynkę na długi spacer, była tak piękna pogoda, że grzechem było siedzenie w domu. Ja wymigałam się ze wspólnego spacerowania – zmęczeniem …
Oni zniknęli na jakieś trzy godziny a ja w tym czasie próbowałam, choć odrobinę ogarnąć bałagan. Gdy już wszystko przypominało cywilizowane miejsce, wtedy mogłam wstawić obiadek. W niedługim czasie Grześ z Mamą wrócili.
Sądziłam, że spacer troszkę „rozrusza” Panią Grażynkę, niestety wróciła jeszcze bardziej zdenerwowana i nieobecna….
Wizyta dobiegła końca, pożegnaliśmy się i wróciliśmy do domu, do siebie. Gdy wreszcie znaleźliśmy się w mieszkaniu, nie wytrzymałam i zaczęłam rozmowę, bo:
1. Jeśli ktoś jest uznawany za czyścioszka to, jakim cudem jest w tak opłakanym stanie…
2. To, co zastaliśmy -po prostu kłóci się z opowieściami
3. Abstrahując od całej sytuacji (wygląd i stan mieszkania), kobiecina ma naprawdę poważny kłopot. Tylko, jaki?
Oczywiście Grzegorz zaczął swoje wywody o starości, braku kontaktu z ludźmi itp.
Jednak nie potrafił odpowiedzieć na proste pytanie za 100 pkt.:, jeśli to tylko starość to, dlaczego Pani Grażyna była prawie cały czas „nieobecna”. Gdy „chwilami” odzyskiwała poczucie rzeczywistości – Była naprawdę zaskoczona, że jesteśmy u Niej.
Co gorsze okazało się, że taka sytuacja z Jego Mamą już trwa jakiś czas, lecz wszyscy wyszli z założenia: wiek…, brak kontaktu z ludźmi?…
Jednak nikt nie zadał sobie trudu, aby dotrzeć do setna sprawy…
Ponieważ w tamtym czasie miałam małą przerwę w pracy (zmiana miejsca), więc ustaliliśmy wspólnie, że na ten czas przeniesiemy się do Pani Grażynki.
To pozwoli ustalić, co tak naprawdę dzieje się z Mamą Grzegorza i zwyczajnie coś zaradzić.
Nie czekając, aż Grzegorz zmieni zdanie zaczęłam szykować wszystko na jutrzejszy wyjazd…
Na drugi dzień zwyczajnie pojechaliśmy do mieszkania Pani Grażynki…
Na miejscu Grzegorz wyjaśnił Mamie sytuację …Kobietka po prostu przyjęła to do wiadomości, bez żadnego sprzeciwu czy komentarza. To, nastąpiło później…
Pani Grażyna dopiero po kilku dniach zorientowała się w sytuacji i wtedy była burzliwa dyskusja. Lecz o tym później…
Ja zajęłam się rozlokowaniem naszych rzeczy w małym pokoiku. W tle słychać było rozmowę coraz bardziej podirytowany głos Grześka i co chwilę te same pytania Pani Grażyny.
Wtedy, nawet do głowy mi nie przyszło, że to objaw chorobowy. Raczej pomyślałam –mało, że nie zapytali o zdanie…, to jeszcze na hura wprowadzają się – każdy byłby zdezorientowany. Pewnie, dlatego tyle pytań.
Pierwszy dzień szybko zleciał.
W tamtym momencie nawet do głowy by mi nie przyszło:
Czym tak naprawdę skończy się ta nasza przeprowadzka i jakie konsekwencje pociągnie?
Gdyby ktoś, powiedział mi, że przez następne kilka lat będę zajmować się śmiertelnie chorą osobą – nie uwierzyłabym! Dlaczego?
- nie jestem pielęgniarką ani opiekunką tylko księgową …
- nie mam cierpliwości do” bardzo przyziemnych” spraw a co dopiero do opieki …
- na logikę biorąc temat – opieka nad kimś to rezygnacja z własnego życia – nie sądzę abym była osobą o tak wielkim sercu…
Lecz co innego rozmawiać i gdybać, „ co by było, gdy …” a co innego stanąć z kłopotem twarzą w twarz…
Na tamtą chwile oboje sądziliśmy, że Pani Grażynka potrzebuje troszkę czasu, aby dojść do siebie …, Do jakiegoś momentu u Niej w domu było zawsze mnóstwo ludzi. Teraz wszyscy pozakładali własne rodziny.
Do Mamy teraz to tylko raz na jakiś czas wpadali, – więc rzeczywiście może to chodziło o brak kogoś do porozmawiania… jeszcze jednej bratniej duszy …
Po kilku dniach Grzegorz pojechał do pracy – na dwa tygodnie. Właściwie dobrze się stało, bo tak to ja na spokojnie ustalę, co się dzieje z Panią Grażynką – czy to naprawdę tylko chodzi o „brak towarzystwa..”
No i zaczęły się prawdziwe schody w dół …
Pierwszego dnia po wyjeździe Grześka do pracy miała miejsce przekomiczna sytuacja:
Godzina 5 rano obudził mnie odgłos lejącej się wody..Odruchowo zwlokłam się z łóżka, żeby zobaczyć gdzie się tak leje …Ha, o tej porze człowiek jest mocno zaspany i nie do końca przytomny..
Wyszłam na przedpokój i jeszcze szybciej wracała do pokoju!
To, co zobaczyłam z miejsca obudziło mnie na dobre-
- Pani Grażynka całkowicie naga, biega jak w ukropie między łazienką i pokojem
Gdy dotarło do mnie, co oczy wdziały pomyślałam- przecież to ja jestem gościem…, jeśli Pani Grażyna trochę czasu mieszkała sama to nie dziwota, że czuje się tak swobodnie… Śmiałam się z siebie i pomyślałam fanie dzień się zaczyna…
Od tamtego ranka takie widoki były na porządku dziennym również w środku dnia. Nie byłoby to dziwne ( szczególnie w czerwcu) gdyby nie fakt, że kąpieli nie było, tylko puszczana woda do wanny.
Bardzo szybko zorientowałam się, że przez ten „bieg w ukropie” w trakcie, Pani Grażyna całkowicie zapominała o umyciu się …
Niestety pomimo całej wesołości poranka ten dzień nie był wcale miły i przyjemny.
Na samym początku przy śniadaniu zaczęła się burzliwa dyskusja:
-, kim ja tak naprawdę jestem i co robię w Jej mieszkaniu….?!
Zaskoczył mnie całkowicie ton i sposób rozmowy, bo przecież:
- już wcześniej byłam przedstawiona,
- przecież od wprowadzenia się minęło kilkanaście dni…, Więc, o co tak naprawdę chodzi?
Ale w dniu wprowadzi, Pani Grażyna nie skomentowała, więc wiedziałam podświadomie: będzie ciąg dalszy.. Tylko trochę później …
Na spokojnie od początku wyjaśniałam:, kim jestem, co tu robię, itp..
Tak jak w przypadku rozmowy Pani Grażyna – Grześ tak i teraz pytania zaczęły się powtarzać – zastanowiło mnie tylko to, że nawet nie mają zmienionej formy…
To trochę tak jakby człowiek słuchał zacinającej się płyty w tym samym miejscu….
Jakimś cudem udało się załagodzić nerwowość Pani Grażynki …
Ja zajęłam się sprzątnięciem po śniadaniu …
W tym czasie Pani Grażynka zaczęła się krzątać po swoim pokoju…, niby nic dziwnego, lecz w pewnej chwili zaczęła się nerwówka…
- gdzie ja to położyłam?!
- czy nie widziałaś moich okularów?
- gdzie są moje klucze?
- gdzie jest portfel?! Na pewno ty go schowałaś, przecież tu leżał.. jeszcze przed chwilą ?!!!
Wyglądało to trochę jak bieg sztafetowy, bo Kobiecina najpierw coś łapała w rękę prawie biegiem do przedpokoju… już ma wychodzić … I znów cofa się do mieszkania i zaczyna biegać po pokoju i nerwowo czegoś szukać.
Zobaczyłam, że to nie przelewki i naprawdę coś zaczyna się dziać. Zostawiłam swoją pracę i zaczęłam pomagać przy szukaniu poszczególnych przedmiotów.
W pierwszej chwili, udzieliła mi się nerwowość Pani Grażynki
– przecież niczego nie dotykałam …, nic nie przekładałam ….
Ale nic to, zaczęłam dosłownie przekopywać różne miejsca w pokoju … święcie przekonana, że pewnie jest gdzieś to wszystko pochowane, gdzieś głęboko…
Gdy spojrzałam na stoliczek nocny, wszystkie te „zguby” leżały cichutko nie wadząc nikomu…, podałam wszystko Pani Grażynce śmiejąc się od ucha do ucha:
-Pani Grażynko, jak się człowiek spieszy to się diabeł cieszy, jak jest się zdenerwowanym to i gdyby patrzył na zgubę to nie będzie jej widzieć
Na tamten moment pomyślałam, że kobieta wyprowadzona z równowagi. Przecież dopiero, co… Uświadomiła sobie, że jeszcze ktoś z Nią mieszka pod jednym dachem..
Pani Grażynka wyszła z domu, ja zaczęłam ogarniać temat – mieszkanie …
Dzień jakoś zleciał, po obiedzie razem wyszłyśmy na spacer.
Chciałam poznać nowe miejsce, wiec przy okazji zabrałam Mamę Grzesia ze sobą i chciałam Ją troszkę rozruszać … rozweselić rozmową.
Niestety cały czas miałam wrażenie, że Pani Grażyna ucieka w swój świat.., Gdy wracała do rzeczywistości zaczynały się na nowo pytania: - kim ja jestem, co tu robię itp.
Więc z uporem spokojnie tłumaczyłam od początku…
Wieczorem po kolacji znów zaczął się maraton łazienka - pokój, pokój- łazienka. Tym razem po porannej nauczce, nie przeszkadzałam w czynnościach..
Ja jeszcze trochę siedziałam i planowałam:, od czego tak naprawdę zacząć generalne sprzątanie mieszkania? Pomyślałam, poproszę o odrobinę pomocy Panią Grażynę to nie potraktuje sytuacji znów nerwowo, jak zajmiemy się obie to:
1. Szybciej posprzątamy
2. Może Kobiecina sama zacznie mówić i nie będę musiała Jej ciągnąć za język:, co się dzieje?
Wreszcie i ja usnęłam…
Godzina 12 w nocy – słyszę, woda się gdzieś leje …
W pierwszej chwili pomyślałam: nie jest aż tak gorąco, żeby nie można było spać w nocy. Co się tam u licha dzieje?. Podirytowana poszłam „zbadać sytuację”.
Co się okazało?
- Pani Grażyna stoi nad miską z praniem…, woda zaczyna przelewać się do wanny, kran cały czas odkręcony. W misce ubranie, … Lecz to, co robiła w niczym nie przypominało prania ręcznego …
Kobieta nasypała dużo proszku do prania, wlała wodę i włożyła rzeczy. Trochę je miętosiła w misce a później, bez płukania; z pianą zaczęła wieszać na sznurku.
No i zatkało mnie: przecież pralka stoi, wystarczyłoby tylko włączyć wieczorem i po sprawie.
I odruchowo zapytałam się, czemu Pani Grażynka nie włączyła pralki tylko tak w ręku w misce – przecież to za ciężko…
Okazało się, że zwyczajnie nie potrafi poradzić sobie z włączeniem pralki, wysłałam Ją do łóżka a sama dokończyłam pranie…
W tamtym momencie sądziłam: to normalne, bo starsi ludzie jak przyzwyczają się do jednego sprzętu to później mają kłopot z dostosowaniem się do jakichkolwiek zmian…
Gdy rano zjadłyśmy śniadanie, (tak jak zaplanowałam) poprosiłam Panią Grażynę o pomoc przy sprzątaniu.
Pomyślałam, okna podłogi sama umyję, ale w całym mieszkaniu jest mnóstwo różnych półek, różnego rodzaju bibelotów, cała masa książek … To przy wycieraniu tego wszystkiego przyda się jeszcze jedna para rąk…
No i zaczęłyśmy.
Przy okazji sprzątania zaczęłam z przerażeniem odkrywać, że mieszkanie wygląda tak jakby latami nie było przez nikogo sprzątane…
Cała masa torebek, torebeczek poskładanych w kostkę, opakowań po lekach, po jedzeniu.., Szafki kuchenne od tego wszystkiego aż pękały w szwach… a ilość przeterminowanego i nadpsutego jedzenia po prostu powaliła mnie na kolana.
Najgorsza była sytuacja taka: poszłam trzymając coś w ręku do wyrzucenia z zapytaniem czy mi wolno to zwyczajnie wyrzucić – Przecież to, co dla mnie jest do kosza wcale nie oznacza, że dla Pani Grażyny to rzeczywiście jest do wyrzucenia… To nie moje mieszkanie, więc nie mogę ot tak sobie wszystko jak leci wywalić.
Odpowiedz:
-zostaw, to jeszcze przyda się …
- nie wyrzucaj jedzenia ja to odkroję i zjem
Moja reakcja na drugą odpowiedz: taa, lecę pędzę na rano będę – tak dam Ci kobieto zjeść starocie.
Na głos powiedziałam: szkoda żołądka…, to nie czasy kryzysu, że niczego w sklepach nie ma.. Jedzenie trzeba zawsze świeże jeść!
Gdy otworzyłam szafki to jedyne, co mi w głowie siedziało: wszystko jak leci wywalić, bo wszystko było aż lepiące się z brudu, nie mówiąc o robactwie,
Łaziło mi po głowie, że brakuje tylko myszy albo szczura do kolekcji i na pewno wtedy tak spokojnie to sprzątanie nie przebiegnie ….
Od chwili, gdy usłyszałam: - nie wyrzucaj jedzenia ja to odkroję i zjem… już o nic w sprawie kuchni nie zapytałam tylko sama wszystko posortowałam. Oczywiście cale jedzenie poszło do kosza.
Udało się kuchnie doprowadzić do użytku…
Więc, łazienka … a w tym czasie trochę gadałyśmy, Pani Grażynka miała wycierać kurze w swoim pokoju…
Słyszę jakiś okropny zamęt w pokoju, weszłam do Mamy Grzegorza i ….
W pokoju stoi pianino, ogromna dębowa szafa i wielki stół dębowy.. Meble bardzo ciężkie …
Gdy rozmawiałyśmy rano wyjaśniłam dokładnie Pani Grażynie, żeby tylko powycierała kurze.. Z meblami nie będziemy same jeździć po mieszkaniu, bo zwyczajnie nawet, gdy uda się je odsunąć to i tak nie damy sobie rady z ustawieniem na miejsce…
Ja 158cm, Pani Grażynka 140 cm, wiec nie ma, co szaleć. Grzegorz wróci to nam to wszystko poodsuwa..Tak umówiłyśmy się rano…
Widzę, jak Mama Grzegorza złapała pianino z jednej strony i jedzie z nim na środek pokoju … Dywan nieściągnięty nóżką zahaczyła i cały mebel zaczyna przechylać się ze wszystkimi bibelotami stojącymi na górze...
W ostatniej chwili złapałam.. Kilka rzeczy rozsypało i potłukło się na podłodze ...
Najpierw obie z ulga odsapnęłyśmy, no a później zaczęło się, … bo przedmioty potłuczone… Pani Grażynka rozpłakała się siedząc przy tym szkle rozbitym…, bo to pamiątki…, co teraz będzie … i co teraz będzie?!
Sama jeszcze roztrzęsiona sytuacją …, zaczęłam ją uspokajać …pozbierałam cale szkło i obiecałam, że może coś z tego uda się jeszcze uratować …
Cała sytuacja dała mi do myślenia:
- przecież wyraźnie mówiłam: tylko kurze
-, kto, samodzielnie przesuwa pianino z niezdjętymi bibelotami ( mając zaledwie 140cm, wzrostu)
Tego dnia sprzątanie zostawiłyśmy – nie zając, nie ucieknie…
Na jeden dzień wrażeń miałam dość …
Chciałam jeszcze tylko poodkurzać podłogę i umyć. Ledwie włączyłam odkurzacz, słyszę straszny krzyk Pani Grażyny. Rzuciłam wszystko, i biegiem do Mamy.
Pewnie znów coś spadło, albo, co gorsze przycięła się Kobiecina czymś, – bo nie posłuchała, że na dziś kończymy generalne porządki…
Wchodzę do pokoju i widzę – Mama Grzesia siedzi na łóżku trzymając się za głowę z przerażeniem w oczach krzyczy w niebogłosy…, Gdy ją uspokoiłam, okazało się, że nic jej nie jest w sensie fizycznym, … To, po co ten krzyk?!
Nim doszłam, co tak naprawdę doprowadziło Ją do takiego przerażenia minęło sporo czasu.
Chodziło o hałas – odkurzacz głośno chodzi. Była tak zdenerwowana, że nawet nie umiała nazwać przedmiotu, który ją tak wyprowadził z równowagi.
W czasie uspokajania po prostu wtuliła się w ramiona płacząc i łkając i tak mocno ściskała mnie…
No i to dla mnie było już trochę za dużo. Tak zachowuje się tylko człowiek wystraszony niemal na śmierć ( w moim rozumieniu pojęcia „strach”)
Pomysł z odkurzaniem poszedł w odstawkę….
Dzień jakoś dobiegł końca.
W nocy zamiast spać zaczęłam głowić się, co tak naprawdę dzieje się z tą kobieciną…
Przestałam na to wszystko(kłopoty Pani Grażyny) patrzyć – to tylko wiek …,
Co tu się do diabła stało się, kobieta jest wystraszona nie na żarty…, Kto za tym do diabła stoi, przecież dorosłego człowieka nie można ot, tak doprowadzić do takiego rozstroju nerwowego?
Od tamtego dnia już tak zostało niemal na stałe:
- płacz na zmianę z krzykiem.
- kilkanaście razy w dzień odpowiadanie na te same pytania
- nerwowość w każdej postaci..
- szukanie różnorakich przedmiotów, które tak naprawdę leżały na wierzchu. Pani Grażyna ich zwyczajnie patrząc na nie, nie rozpoznawała niczego…
Z powodu poszukiwań zaginionych różności dochodziło wielokrotnie do nieprzyjemnych sytuacji.
Wtedy miałam wrażenie, że zawitałam do świata ciągłych podejrzeń i spisków.
Pani Grażyna sprawiała wrażenie osoby, która wiecznie się czegoś boi, wiecznie ktoś coś jej przekłada i nie chce się przyznać … Ona sama jest głównym specjalista od dochodzenia – rozpracowanie spisku pod nazwą:, „Kto mi schował…”
Czekałam, aż Grzegorz wróci do domu, żeby opowiedzieć, o wszystkim. To na 100% nie ma nic wspólnego z wiekiem Mamy, samotnością itp. Nie miałam pojęcia, co mnie tak naprawdę czeka …, dla mnie to były objawy silnego stresu, ogromna dawka nerwów u tej małej kobietki po prostu kazała się zastanowić czy to nie jest jakaś choroba…
Ech, przecież sama nie dojdę, bo nie jestem lekarzem. Za krótko żyję na tym świecie, żeby samemu „diagnozę” stawiać. Przecież nie znam Kobiety na tyle, żeby móc samej decydować o Jej losie…
Poza tym nawet gdyby lekarz był w „robocie” to na siłę Jej nie zaciągnę …I tak muszę poczekać na Grześka – to on jest synem i on powinien decydować, co dalej..
To co już wydarzyło się zaczęło mnie niepokoić … i coraz bardziej denerwowałam się całą sytuacją…