Otępienie naczyniowe
: wtorek 29 gru 2020, 20:57
Dobry wieczór!
Jestem tutaj nowa i pomyślałam, że z jednej strony znajdę wsparcie, z drugiej będę mogła go też trochę udzielić.
Ostatnio zdiagnozowano u mojej mamy otępienie naczyniowe. Od wystąpienia i zarejestrowania pierwszych objawów minął równo rok. Zauważyliśmy problemy z pamięcią krótkotrwałą - mama opowiadała ciągle tą samą historię 3, 4, 5 razy w ciągu kilku minut. Namawiałam ją na wizytę u neurologa, ale początkowo odmawiała. Stan się pogarszał - musiała wymienić dowód osobisty, nie potrafiła trafić sama do urzędu, który wcześniej dobrze znała. Przestała czytać książki, które uwielbiała. Zaczęła być coraz bardziej nieprzyjemna, złośliwa (cechy potęgowane przez chorobę).
Mama mieszkała sama. Od kilku lat mieszkam w innym mieście, ale starałam się obejmować ją opieką, ale o jakichkolwiek lekarzach nigdy nie chciała słyszeć. Nigdy.
Choroba pogłębiała się skokowo, najpierw co miesiąc, potem co dwa tygodnie, co tydzień, aż do momentu gdy z dnia na dzień przestała wiedzieć jak obsługiwać telewizor. W ciągu roku osiągnęła stan nie pozwalający na samodzielną egzystencję (ma piec gazowy w domu, gdzie ustawiała temperaturę grzania na 80 stopni). Ostatni miesiąc przychodziła opiekunka, by dać mamie leki - sama nie brała, raz przedawkowała biorąc tygodniową dawkę jednego dnia.
W ciągu ostatniego miesiąca diagnostyki wielokrotnie zwracałam lekarzom uwagę, że mama jest nadpobudliwa, ma halucynacje, dzwoni do mnie ponad 250 razy w ciągu nocy, myliła mnie już ze swoją mamą, siostrą, czasem tylko jestem "córką", ale chyba nie do końca rozumie to pojęcie. W końcu dostała mementynę na samą chorobę i Ketrel na halucynacje i sen.
Dzisiaj przewiozłam mamę do ośrodka opiekuńczego. Nie miałam wyboru. Staramy się z mężem o dziecko już 4 lata, jesteśmy po dwóch nieudanych próbach invitro, a wiele z tego przez moje nerwy względem stanu mamy i jej stosunku do mnie. Nie byłabym w stanie się nią zaopiekować, już teraz jestem nerwowo załamana, zwłaszcza, że pierwszego dnia była w ośrodku hipernadpobudliwa. Bo zabrali jej papierosy, które pali w ilościach hurtowych.
Umieszczenie jej w ośrodku bardzo przeżyłam - zawsze byłyśmy blisko, nawet jeśli swojego czasu miała tendencje do manipulacji i złych decyzji (kiedy była zdrowa). Pomagałyśmy sobie całe życie, a ja czuję się winna, że przewiozłam ją w miejsce, gdzie będzie zaopiekowana zarówno jedzeniem i kontrolą, jak i przyjmowaniem leków. Ostatni rok jej najpierw niezdiagnozowanej, potem zdiagnozowanej choroby bardzo mnie wykończył - dużo czytałam, nawet pisałam własne teksty, byłam aktywna wśród znajomych, zawsze radosna i uśmiechnięta. Teraz mało czytam, mam problemy z koncentracją, nie pamiętam kiedy odezwałam się sama do znajomych. Ostatnie emocje i dzisiejszy stres jej przewozu sprawił, że myślałam, iż dostanę ataku serca. Mąż skomentował to do mamy, a ona na to "A niech dostaje zawału serca, ja chcę papierosa". To chyba mnie złamało. Nie umiałam opanować łez i emocji, a potem zrozumiałam, że to jej choroba. Nie odbieram większości jej telefonów. Kiedy piszę ten tekst dzwoniła już kilkanaście razy. Jestem już pod opieką psychologa. Uważam, że dobrze zrobiłam, bo choroba mamy przebiega w wyjątkowo złośliwy sposób. Czy to czyni ze mnie złego człowieka?
Jestem tutaj nowa i pomyślałam, że z jednej strony znajdę wsparcie, z drugiej będę mogła go też trochę udzielić.
Ostatnio zdiagnozowano u mojej mamy otępienie naczyniowe. Od wystąpienia i zarejestrowania pierwszych objawów minął równo rok. Zauważyliśmy problemy z pamięcią krótkotrwałą - mama opowiadała ciągle tą samą historię 3, 4, 5 razy w ciągu kilku minut. Namawiałam ją na wizytę u neurologa, ale początkowo odmawiała. Stan się pogarszał - musiała wymienić dowód osobisty, nie potrafiła trafić sama do urzędu, który wcześniej dobrze znała. Przestała czytać książki, które uwielbiała. Zaczęła być coraz bardziej nieprzyjemna, złośliwa (cechy potęgowane przez chorobę).
Mama mieszkała sama. Od kilku lat mieszkam w innym mieście, ale starałam się obejmować ją opieką, ale o jakichkolwiek lekarzach nigdy nie chciała słyszeć. Nigdy.
Choroba pogłębiała się skokowo, najpierw co miesiąc, potem co dwa tygodnie, co tydzień, aż do momentu gdy z dnia na dzień przestała wiedzieć jak obsługiwać telewizor. W ciągu roku osiągnęła stan nie pozwalający na samodzielną egzystencję (ma piec gazowy w domu, gdzie ustawiała temperaturę grzania na 80 stopni). Ostatni miesiąc przychodziła opiekunka, by dać mamie leki - sama nie brała, raz przedawkowała biorąc tygodniową dawkę jednego dnia.
W ciągu ostatniego miesiąca diagnostyki wielokrotnie zwracałam lekarzom uwagę, że mama jest nadpobudliwa, ma halucynacje, dzwoni do mnie ponad 250 razy w ciągu nocy, myliła mnie już ze swoją mamą, siostrą, czasem tylko jestem "córką", ale chyba nie do końca rozumie to pojęcie. W końcu dostała mementynę na samą chorobę i Ketrel na halucynacje i sen.
Dzisiaj przewiozłam mamę do ośrodka opiekuńczego. Nie miałam wyboru. Staramy się z mężem o dziecko już 4 lata, jesteśmy po dwóch nieudanych próbach invitro, a wiele z tego przez moje nerwy względem stanu mamy i jej stosunku do mnie. Nie byłabym w stanie się nią zaopiekować, już teraz jestem nerwowo załamana, zwłaszcza, że pierwszego dnia była w ośrodku hipernadpobudliwa. Bo zabrali jej papierosy, które pali w ilościach hurtowych.
Umieszczenie jej w ośrodku bardzo przeżyłam - zawsze byłyśmy blisko, nawet jeśli swojego czasu miała tendencje do manipulacji i złych decyzji (kiedy była zdrowa). Pomagałyśmy sobie całe życie, a ja czuję się winna, że przewiozłam ją w miejsce, gdzie będzie zaopiekowana zarówno jedzeniem i kontrolą, jak i przyjmowaniem leków. Ostatni rok jej najpierw niezdiagnozowanej, potem zdiagnozowanej choroby bardzo mnie wykończył - dużo czytałam, nawet pisałam własne teksty, byłam aktywna wśród znajomych, zawsze radosna i uśmiechnięta. Teraz mało czytam, mam problemy z koncentracją, nie pamiętam kiedy odezwałam się sama do znajomych. Ostatnie emocje i dzisiejszy stres jej przewozu sprawił, że myślałam, iż dostanę ataku serca. Mąż skomentował to do mamy, a ona na to "A niech dostaje zawału serca, ja chcę papierosa". To chyba mnie złamało. Nie umiałam opanować łez i emocji, a potem zrozumiałam, że to jej choroba. Nie odbieram większości jej telefonów. Kiedy piszę ten tekst dzwoniła już kilkanaście razy. Jestem już pod opieką psychologa. Uważam, że dobrze zrobiłam, bo choroba mamy przebiega w wyjątkowo złośliwy sposób. Czy to czyni ze mnie złego człowieka?