Od czego wszystko zaczęło się ....
- Joannap
- Posty: 170
- Rejestracja: niedziela 27 lis 2011, 03:44
- Lokalizacja: Piastów , woj. mazowieckie
Od czego wszystko zaczęło się ....
Tak jak napisałam w "Przedstaw się" - to, że nas zamknięto "stare forum" to nie znaczy że świat dla Opiekunów przestał istnieć Ci z nas którzy tu są z czasem rozkręcą się .. a ja tak na dobry początek zacznę (pewnie dla kilkoro osób historia jest znana )Opowiem sam początek - czyli od czego zaczęła się cała sytuacja
Połowa czerwca 2005r.- od czego wszystko zaczęło się?
W połowie czerwca zaplanowaliśmy pierwszą wizytę u Mamy Grzegorza. On zawsze ciepło wypowiadał się o Pani Grażynie. Zawsze było: to taka pogodna mała kobietka, bystra, oczytana, ruchliwa, a do tego czyścioszek jak ich mało …
Jego Mama mieszkała w innym miasteczku, więc to trochę była cała wyprawa, – bo coś do jedzenia, jakieś ciasto – żeby wiekowej Kobietce nie robić kłopotu samą wizytą.
Na miejscu oboje byliśmy zaskoczeni i widokiem mieszkania i samej Pani Grażynki.
Mama Grzegorza owszem Była drobną małą kobietką, lecz Jej wygląd budził wiele zastrzeżeń. Poza tym Była po prostu ogromnie czymś wystraszona. Niby ucieszyła się z naszych odwiedzin, lecz to nie była taka prawdziwa radość, bardzo szybko posmutniała. Często podczas rozmowy uciekała w swój świat … sprawiała wrażenie nieobecnej duchem, lub osoby mającej poważne kłopoty…
Co do mieszkania pomyślałam: ech, kobiecina mieszka sama, ma swoje lata? Więc zwyczajnie może już nie mieć siły, żeby wszystko dokładnie sprzątać?
W którymś momencie chciałam wstawić obiad. Widok, jaki zastałam w kuchni wprawił mnie w niemałe osłupienie … Poza drzwiami od lodówki i kuchenką gazową wszystko przypominało dosłownie pobojowisko.. Wszędzie leżało napoczęte jedzenie, brudne naczynia były dosłownie wszędzie porozstawiane, jakieś słoiczki w każdym koncie. Jedynie drzwi od lodówki i kuchenka gazowa były wyczyszczone na błysk. Ten sprzęt, aż gryzł do bólu oczy na tle stanu całej kuchni.
Poprosiłam na moment Grzegorza …, gdy to zobaczył nie miał wątpliwości, co ma zrobić. Zabrał Panią Grażynkę na długi spacer, była tak piękna pogoda, że grzechem było siedzenie w domu. Ja wymigałam się ze wspólnego spacerowania – zmęczeniem …
Oni zniknęli na jakieś trzy godziny a ja w tym czasie próbowałam, choć odrobinę ogarnąć bałagan. Gdy już wszystko przypominało cywilizowane miejsce, wtedy mogłam wstawić obiadek. W niedługim czasie Grześ z Mamą wrócili.
Sądziłam, że spacer troszkę „rozrusza” Panią Grażynkę, niestety wróciła jeszcze bardziej zdenerwowana i nieobecna….
Wizyta dobiegła końca, pożegnaliśmy się i wróciliśmy do domu, do siebie. Gdy wreszcie znaleźliśmy się w mieszkaniu, nie wytrzymałam i zaczęłam rozmowę, bo:
1. Jeśli ktoś jest uznawany za czyścioszka to, jakim cudem jest w tak opłakanym stanie…
2. To, co zastaliśmy -po prostu kłóci się z opowieściami
3. Abstrahując od całej sytuacji (wygląd i stan mieszkania), kobiecina ma naprawdę poważny kłopot. Tylko, jaki?
Oczywiście Grzegorz zaczął swoje wywody o starości, braku kontaktu z ludźmi itp.
Jednak nie potrafił odpowiedzieć na proste pytanie za 100 pkt.:, jeśli to tylko starość to, dlaczego Pani Grażyna była prawie cały czas „nieobecna”. Gdy „chwilami” odzyskiwała poczucie rzeczywistości – Była naprawdę zaskoczona, że jesteśmy u Niej.
Co gorsze okazało się, że taka sytuacja z Jego Mamą już trwa jakiś czas, lecz wszyscy wyszli z założenia: wiek…, brak kontaktu z ludźmi?…
Jednak nikt nie zadał sobie trudu, aby dotrzeć do setna sprawy…
Ponieważ w tamtym czasie miałam małą przerwę w pracy (zmiana miejsca), więc ustaliliśmy wspólnie, że na ten czas przeniesiemy się do Pani Grażynki.
To pozwoli ustalić, co tak naprawdę dzieje się z Mamą Grzegorza i zwyczajnie coś zaradzić.
Nie czekając, aż Grzegorz zmieni zdanie zaczęłam szykować wszystko na jutrzejszy wyjazd…
Na drugi dzień zwyczajnie pojechaliśmy do mieszkania Pani Grażynki…
Na miejscu Grzegorz wyjaśnił Mamie sytuację …Kobietka po prostu przyjęła to do wiadomości, bez żadnego sprzeciwu czy komentarza. To, nastąpiło później…
Pani Grażyna dopiero po kilku dniach zorientowała się w sytuacji i wtedy była burzliwa dyskusja. Lecz o tym później…
Ja zajęłam się rozlokowaniem naszych rzeczy w małym pokoiku. W tle słychać było rozmowę coraz bardziej podirytowany głos Grześka i co chwilę te same pytania Pani Grażyny.
Wtedy, nawet do głowy mi nie przyszło, że to objaw chorobowy. Raczej pomyślałam –mało, że nie zapytali o zdanie…, to jeszcze na hura wprowadzają się – każdy byłby zdezorientowany. Pewnie, dlatego tyle pytań.
Pierwszy dzień szybko zleciał.
W tamtym momencie nawet do głowy by mi nie przyszło:
Czym tak naprawdę skończy się ta nasza przeprowadzka i jakie konsekwencje pociągnie?
Gdyby ktoś, powiedział mi, że przez następne kilka lat będę zajmować się śmiertelnie chorą osobą – nie uwierzyłabym! Dlaczego?
- nie jestem pielęgniarką ani opiekunką tylko księgową …
- nie mam cierpliwości do” bardzo przyziemnych” spraw a co dopiero do opieki …
- na logikę biorąc temat – opieka nad kimś to rezygnacja z własnego życia – nie sądzę abym była osobą o tak wielkim sercu…
Lecz co innego rozmawiać i gdybać, „ co by było, gdy …” a co innego stanąć z kłopotem twarzą w twarz…
Na tamtą chwile oboje sądziliśmy, że Pani Grażynka potrzebuje troszkę czasu, aby dojść do siebie …, Do jakiegoś momentu u Niej w domu było zawsze mnóstwo ludzi. Teraz wszyscy pozakładali własne rodziny.
Do Mamy teraz to tylko raz na jakiś czas wpadali, – więc rzeczywiście może to chodziło o brak kogoś do porozmawiania… jeszcze jednej bratniej duszy …
Po kilku dniach Grzegorz pojechał do pracy – na dwa tygodnie. Właściwie dobrze się stało, bo tak to ja na spokojnie ustalę, co się dzieje z Panią Grażynką – czy to naprawdę tylko chodzi o „brak towarzystwa..”
No i zaczęły się prawdziwe schody w dół …
Pierwszego dnia po wyjeździe Grześka do pracy miała miejsce przekomiczna sytuacja:
Godzina 5 rano obudził mnie odgłos lejącej się wody..Odruchowo zwlokłam się z łóżka, żeby zobaczyć gdzie się tak leje …Ha, o tej porze człowiek jest mocno zaspany i nie do końca przytomny..
Wyszłam na przedpokój i jeszcze szybciej wracała do pokoju!
To, co zobaczyłam z miejsca obudziło mnie na dobre-
- Pani Grażynka całkowicie naga, biega jak w ukropie między łazienką i pokojem
Gdy dotarło do mnie, co oczy wdziały pomyślałam- przecież to ja jestem gościem…, jeśli Pani Grażyna trochę czasu mieszkała sama to nie dziwota, że czuje się tak swobodnie… Śmiałam się z siebie i pomyślałam fanie dzień się zaczyna…
Od tamtego ranka takie widoki były na porządku dziennym również w środku dnia. Nie byłoby to dziwne ( szczególnie w czerwcu) gdyby nie fakt, że kąpieli nie było, tylko puszczana woda do wanny.
Bardzo szybko zorientowałam się, że przez ten „bieg w ukropie” w trakcie, Pani Grażyna całkowicie zapominała o umyciu się …
Niestety pomimo całej wesołości poranka ten dzień nie był wcale miły i przyjemny.
Na samym początku przy śniadaniu zaczęła się burzliwa dyskusja:
-, kim ja tak naprawdę jestem i co robię w Jej mieszkaniu….?!
Zaskoczył mnie całkowicie ton i sposób rozmowy, bo przecież:
- już wcześniej byłam przedstawiona,
- przecież od wprowadzenia się minęło kilkanaście dni…, Więc, o co tak naprawdę chodzi?
Ale w dniu wprowadzi, Pani Grażyna nie skomentowała, więc wiedziałam podświadomie: będzie ciąg dalszy.. Tylko trochę później …
Na spokojnie od początku wyjaśniałam:, kim jestem, co tu robię, itp..
Tak jak w przypadku rozmowy Pani Grażyna – Grześ tak i teraz pytania zaczęły się powtarzać – zastanowiło mnie tylko to, że nawet nie mają zmienionej formy…
To trochę tak jakby człowiek słuchał zacinającej się płyty w tym samym miejscu….
Jakimś cudem udało się załagodzić nerwowość Pani Grażynki …
Ja zajęłam się sprzątnięciem po śniadaniu …
W tym czasie Pani Grażynka zaczęła się krzątać po swoim pokoju…, niby nic dziwnego, lecz w pewnej chwili zaczęła się nerwówka…
- gdzie ja to położyłam?!
- czy nie widziałaś moich okularów?
- gdzie są moje klucze?
- gdzie jest portfel?! Na pewno ty go schowałaś, przecież tu leżał.. jeszcze przed chwilą ?!!!
Wyglądało to trochę jak bieg sztafetowy, bo Kobiecina najpierw coś łapała w rękę prawie biegiem do przedpokoju… już ma wychodzić … I znów cofa się do mieszkania i zaczyna biegać po pokoju i nerwowo czegoś szukać.
Zobaczyłam, że to nie przelewki i naprawdę coś zaczyna się dziać. Zostawiłam swoją pracę i zaczęłam pomagać przy szukaniu poszczególnych przedmiotów.
W pierwszej chwili, udzieliła mi się nerwowość Pani Grażynki
– przecież niczego nie dotykałam …, nic nie przekładałam ….
Ale nic to, zaczęłam dosłownie przekopywać różne miejsca w pokoju … święcie przekonana, że pewnie jest gdzieś to wszystko pochowane, gdzieś głęboko…
Gdy spojrzałam na stoliczek nocny, wszystkie te „zguby” leżały cichutko nie wadząc nikomu…, podałam wszystko Pani Grażynce śmiejąc się od ucha do ucha:
-Pani Grażynko, jak się człowiek spieszy to się diabeł cieszy, jak jest się zdenerwowanym to i gdyby patrzył na zgubę to nie będzie jej widzieć
Na tamten moment pomyślałam, że kobieta wyprowadzona z równowagi. Przecież dopiero, co… Uświadomiła sobie, że jeszcze ktoś z Nią mieszka pod jednym dachem..
Pani Grażynka wyszła z domu, ja zaczęłam ogarniać temat – mieszkanie …
Dzień jakoś zleciał, po obiedzie razem wyszłyśmy na spacer.
Chciałam poznać nowe miejsce, wiec przy okazji zabrałam Mamę Grzesia ze sobą i chciałam Ją troszkę rozruszać … rozweselić rozmową.
Niestety cały czas miałam wrażenie, że Pani Grażyna ucieka w swój świat.., Gdy wracała do rzeczywistości zaczynały się na nowo pytania: - kim ja jestem, co tu robię itp.
Więc z uporem spokojnie tłumaczyłam od początku…
Wieczorem po kolacji znów zaczął się maraton łazienka - pokój, pokój- łazienka. Tym razem po porannej nauczce, nie przeszkadzałam w czynnościach..
Ja jeszcze trochę siedziałam i planowałam:, od czego tak naprawdę zacząć generalne sprzątanie mieszkania? Pomyślałam, poproszę o odrobinę pomocy Panią Grażynę to nie potraktuje sytuacji znów nerwowo, jak zajmiemy się obie to:
1. Szybciej posprzątamy
2. Może Kobiecina sama zacznie mówić i nie będę musiała Jej ciągnąć za język:, co się dzieje?
Wreszcie i ja usnęłam…
Godzina 12 w nocy – słyszę, woda się gdzieś leje …
W pierwszej chwili pomyślałam: nie jest aż tak gorąco, żeby nie można było spać w nocy. Co się tam u licha dzieje?. Podirytowana poszłam „zbadać sytuację”.
Co się okazało?
- Pani Grażyna stoi nad miską z praniem…, woda zaczyna przelewać się do wanny, kran cały czas odkręcony. W misce ubranie, … Lecz to, co robiła w niczym nie przypominało prania ręcznego …
Kobieta nasypała dużo proszku do prania, wlała wodę i włożyła rzeczy. Trochę je miętosiła w misce a później, bez płukania; z pianą zaczęła wieszać na sznurku.
No i zatkało mnie: przecież pralka stoi, wystarczyłoby tylko włączyć wieczorem i po sprawie.
I odruchowo zapytałam się, czemu Pani Grażynka nie włączyła pralki tylko tak w ręku w misce – przecież to za ciężko…
Okazało się, że zwyczajnie nie potrafi poradzić sobie z włączeniem pralki, wysłałam Ją do łóżka a sama dokończyłam pranie…
W tamtym momencie sądziłam: to normalne, bo starsi ludzie jak przyzwyczają się do jednego sprzętu to później mają kłopot z dostosowaniem się do jakichkolwiek zmian…
Gdy rano zjadłyśmy śniadanie, (tak jak zaplanowałam) poprosiłam Panią Grażynę o pomoc przy sprzątaniu.
Pomyślałam, okna podłogi sama umyję, ale w całym mieszkaniu jest mnóstwo różnych półek, różnego rodzaju bibelotów, cała masa książek … To przy wycieraniu tego wszystkiego przyda się jeszcze jedna para rąk…
No i zaczęłyśmy.
Przy okazji sprzątania zaczęłam z przerażeniem odkrywać, że mieszkanie wygląda tak jakby latami nie było przez nikogo sprzątane…
Cała masa torebek, torebeczek poskładanych w kostkę, opakowań po lekach, po jedzeniu.., Szafki kuchenne od tego wszystkiego aż pękały w szwach… a ilość przeterminowanego i nadpsutego jedzenia po prostu powaliła mnie na kolana.
Najgorsza była sytuacja taka: poszłam trzymając coś w ręku do wyrzucenia z zapytaniem czy mi wolno to zwyczajnie wyrzucić – Przecież to, co dla mnie jest do kosza wcale nie oznacza, że dla Pani Grażyny to rzeczywiście jest do wyrzucenia… To nie moje mieszkanie, więc nie mogę ot tak sobie wszystko jak leci wywalić.
Odpowiedz:
-zostaw, to jeszcze przyda się …
- nie wyrzucaj jedzenia ja to odkroję i zjem
Moja reakcja na drugą odpowiedz: taa, lecę pędzę na rano będę – tak dam Ci kobieto zjeść starocie.
Na głos powiedziałam: szkoda żołądka…, to nie czasy kryzysu, że niczego w sklepach nie ma.. Jedzenie trzeba zawsze świeże jeść!
Gdy otworzyłam szafki to jedyne, co mi w głowie siedziało: wszystko jak leci wywalić, bo wszystko było aż lepiące się z brudu, nie mówiąc o robactwie,
Łaziło mi po głowie, że brakuje tylko myszy albo szczura do kolekcji i na pewno wtedy tak spokojnie to sprzątanie nie przebiegnie ….
Od chwili, gdy usłyszałam: - nie wyrzucaj jedzenia ja to odkroję i zjem… już o nic w sprawie kuchni nie zapytałam tylko sama wszystko posortowałam. Oczywiście cale jedzenie poszło do kosza.
Udało się kuchnie doprowadzić do użytku…
Więc, łazienka … a w tym czasie trochę gadałyśmy, Pani Grażynka miała wycierać kurze w swoim pokoju…
Słyszę jakiś okropny zamęt w pokoju, weszłam do Mamy Grzegorza i ….
W pokoju stoi pianino, ogromna dębowa szafa i wielki stół dębowy.. Meble bardzo ciężkie …
Gdy rozmawiałyśmy rano wyjaśniłam dokładnie Pani Grażynie, żeby tylko powycierała kurze.. Z meblami nie będziemy same jeździć po mieszkaniu, bo zwyczajnie nawet, gdy uda się je odsunąć to i tak nie damy sobie rady z ustawieniem na miejsce…
Ja 158cm, Pani Grażynka 140 cm, wiec nie ma, co szaleć. Grzegorz wróci to nam to wszystko poodsuwa..Tak umówiłyśmy się rano…
Widzę, jak Mama Grzegorza złapała pianino z jednej strony i jedzie z nim na środek pokoju … Dywan nieściągnięty nóżką zahaczyła i cały mebel zaczyna przechylać się ze wszystkimi bibelotami stojącymi na górze...
W ostatniej chwili złapałam.. Kilka rzeczy rozsypało i potłukło się na podłodze ...
Najpierw obie z ulga odsapnęłyśmy, no a później zaczęło się, … bo przedmioty potłuczone… Pani Grażynka rozpłakała się siedząc przy tym szkle rozbitym…, bo to pamiątki…, co teraz będzie … i co teraz będzie?!
Sama jeszcze roztrzęsiona sytuacją …, zaczęłam ją uspokajać …pozbierałam cale szkło i obiecałam, że może coś z tego uda się jeszcze uratować …
Cała sytuacja dała mi do myślenia:
- przecież wyraźnie mówiłam: tylko kurze
-, kto, samodzielnie przesuwa pianino z niezdjętymi bibelotami ( mając zaledwie 140cm, wzrostu)
Tego dnia sprzątanie zostawiłyśmy – nie zając, nie ucieknie…
Na jeden dzień wrażeń miałam dość …
Chciałam jeszcze tylko poodkurzać podłogę i umyć. Ledwie włączyłam odkurzacz, słyszę straszny krzyk Pani Grażyny. Rzuciłam wszystko, i biegiem do Mamy.
Pewnie znów coś spadło, albo, co gorsze przycięła się Kobiecina czymś, – bo nie posłuchała, że na dziś kończymy generalne porządki…
Wchodzę do pokoju i widzę – Mama Grzesia siedzi na łóżku trzymając się za głowę z przerażeniem w oczach krzyczy w niebogłosy…, Gdy ją uspokoiłam, okazało się, że nic jej nie jest w sensie fizycznym, … To, po co ten krzyk?!
Nim doszłam, co tak naprawdę doprowadziło Ją do takiego przerażenia minęło sporo czasu.
Chodziło o hałas – odkurzacz głośno chodzi. Była tak zdenerwowana, że nawet nie umiała nazwać przedmiotu, który ją tak wyprowadził z równowagi.
W czasie uspokajania po prostu wtuliła się w ramiona płacząc i łkając i tak mocno ściskała mnie…
No i to dla mnie było już trochę za dużo. Tak zachowuje się tylko człowiek wystraszony niemal na śmierć ( w moim rozumieniu pojęcia „strach”)
Pomysł z odkurzaniem poszedł w odstawkę….
Dzień jakoś dobiegł końca.
W nocy zamiast spać zaczęłam głowić się, co tak naprawdę dzieje się z tą kobieciną…
Przestałam na to wszystko(kłopoty Pani Grażyny) patrzyć – to tylko wiek …,
Co tu się do diabła stało się, kobieta jest wystraszona nie na żarty…, Kto za tym do diabła stoi, przecież dorosłego człowieka nie można ot, tak doprowadzić do takiego rozstroju nerwowego?
Od tamtego dnia już tak zostało niemal na stałe:
- płacz na zmianę z krzykiem.
- kilkanaście razy w dzień odpowiadanie na te same pytania
- nerwowość w każdej postaci..
- szukanie różnorakich przedmiotów, które tak naprawdę leżały na wierzchu. Pani Grażyna ich zwyczajnie patrząc na nie, nie rozpoznawała niczego…
Z powodu poszukiwań zaginionych różności dochodziło wielokrotnie do nieprzyjemnych sytuacji.
Wtedy miałam wrażenie, że zawitałam do świata ciągłych podejrzeń i spisków.
Pani Grażyna sprawiała wrażenie osoby, która wiecznie się czegoś boi, wiecznie ktoś coś jej przekłada i nie chce się przyznać … Ona sama jest głównym specjalista od dochodzenia – rozpracowanie spisku pod nazwą:, „Kto mi schował…”
Czekałam, aż Grzegorz wróci do domu, żeby opowiedzieć, o wszystkim. To na 100% nie ma nic wspólnego z wiekiem Mamy, samotnością itp. Nie miałam pojęcia, co mnie tak naprawdę czeka …, dla mnie to były objawy silnego stresu, ogromna dawka nerwów u tej małej kobietki po prostu kazała się zastanowić czy to nie jest jakaś choroba…
Ech, przecież sama nie dojdę, bo nie jestem lekarzem. Za krótko żyję na tym świecie, żeby samemu „diagnozę” stawiać. Przecież nie znam Kobiety na tyle, żeby móc samej decydować o Jej losie…
Poza tym nawet gdyby lekarz był w „robocie” to na siłę Jej nie zaciągnę …I tak muszę poczekać na Grześka – to on jest synem i on powinien decydować, co dalej..
To co już wydarzyło się zaczęło mnie niepokoić … i coraz bardziej denerwowałam się całą sytuacją…
Połowa czerwca 2005r.- od czego wszystko zaczęło się?
W połowie czerwca zaplanowaliśmy pierwszą wizytę u Mamy Grzegorza. On zawsze ciepło wypowiadał się o Pani Grażynie. Zawsze było: to taka pogodna mała kobietka, bystra, oczytana, ruchliwa, a do tego czyścioszek jak ich mało …
Jego Mama mieszkała w innym miasteczku, więc to trochę była cała wyprawa, – bo coś do jedzenia, jakieś ciasto – żeby wiekowej Kobietce nie robić kłopotu samą wizytą.
Na miejscu oboje byliśmy zaskoczeni i widokiem mieszkania i samej Pani Grażynki.
Mama Grzegorza owszem Była drobną małą kobietką, lecz Jej wygląd budził wiele zastrzeżeń. Poza tym Była po prostu ogromnie czymś wystraszona. Niby ucieszyła się z naszych odwiedzin, lecz to nie była taka prawdziwa radość, bardzo szybko posmutniała. Często podczas rozmowy uciekała w swój świat … sprawiała wrażenie nieobecnej duchem, lub osoby mającej poważne kłopoty…
Co do mieszkania pomyślałam: ech, kobiecina mieszka sama, ma swoje lata? Więc zwyczajnie może już nie mieć siły, żeby wszystko dokładnie sprzątać?
W którymś momencie chciałam wstawić obiad. Widok, jaki zastałam w kuchni wprawił mnie w niemałe osłupienie … Poza drzwiami od lodówki i kuchenką gazową wszystko przypominało dosłownie pobojowisko.. Wszędzie leżało napoczęte jedzenie, brudne naczynia były dosłownie wszędzie porozstawiane, jakieś słoiczki w każdym koncie. Jedynie drzwi od lodówki i kuchenka gazowa były wyczyszczone na błysk. Ten sprzęt, aż gryzł do bólu oczy na tle stanu całej kuchni.
Poprosiłam na moment Grzegorza …, gdy to zobaczył nie miał wątpliwości, co ma zrobić. Zabrał Panią Grażynkę na długi spacer, była tak piękna pogoda, że grzechem było siedzenie w domu. Ja wymigałam się ze wspólnego spacerowania – zmęczeniem …
Oni zniknęli na jakieś trzy godziny a ja w tym czasie próbowałam, choć odrobinę ogarnąć bałagan. Gdy już wszystko przypominało cywilizowane miejsce, wtedy mogłam wstawić obiadek. W niedługim czasie Grześ z Mamą wrócili.
Sądziłam, że spacer troszkę „rozrusza” Panią Grażynkę, niestety wróciła jeszcze bardziej zdenerwowana i nieobecna….
Wizyta dobiegła końca, pożegnaliśmy się i wróciliśmy do domu, do siebie. Gdy wreszcie znaleźliśmy się w mieszkaniu, nie wytrzymałam i zaczęłam rozmowę, bo:
1. Jeśli ktoś jest uznawany za czyścioszka to, jakim cudem jest w tak opłakanym stanie…
2. To, co zastaliśmy -po prostu kłóci się z opowieściami
3. Abstrahując od całej sytuacji (wygląd i stan mieszkania), kobiecina ma naprawdę poważny kłopot. Tylko, jaki?
Oczywiście Grzegorz zaczął swoje wywody o starości, braku kontaktu z ludźmi itp.
Jednak nie potrafił odpowiedzieć na proste pytanie za 100 pkt.:, jeśli to tylko starość to, dlaczego Pani Grażyna była prawie cały czas „nieobecna”. Gdy „chwilami” odzyskiwała poczucie rzeczywistości – Była naprawdę zaskoczona, że jesteśmy u Niej.
Co gorsze okazało się, że taka sytuacja z Jego Mamą już trwa jakiś czas, lecz wszyscy wyszli z założenia: wiek…, brak kontaktu z ludźmi?…
Jednak nikt nie zadał sobie trudu, aby dotrzeć do setna sprawy…
Ponieważ w tamtym czasie miałam małą przerwę w pracy (zmiana miejsca), więc ustaliliśmy wspólnie, że na ten czas przeniesiemy się do Pani Grażynki.
To pozwoli ustalić, co tak naprawdę dzieje się z Mamą Grzegorza i zwyczajnie coś zaradzić.
Nie czekając, aż Grzegorz zmieni zdanie zaczęłam szykować wszystko na jutrzejszy wyjazd…
Na drugi dzień zwyczajnie pojechaliśmy do mieszkania Pani Grażynki…
Na miejscu Grzegorz wyjaśnił Mamie sytuację …Kobietka po prostu przyjęła to do wiadomości, bez żadnego sprzeciwu czy komentarza. To, nastąpiło później…
Pani Grażyna dopiero po kilku dniach zorientowała się w sytuacji i wtedy była burzliwa dyskusja. Lecz o tym później…
Ja zajęłam się rozlokowaniem naszych rzeczy w małym pokoiku. W tle słychać było rozmowę coraz bardziej podirytowany głos Grześka i co chwilę te same pytania Pani Grażyny.
Wtedy, nawet do głowy mi nie przyszło, że to objaw chorobowy. Raczej pomyślałam –mało, że nie zapytali o zdanie…, to jeszcze na hura wprowadzają się – każdy byłby zdezorientowany. Pewnie, dlatego tyle pytań.
Pierwszy dzień szybko zleciał.
W tamtym momencie nawet do głowy by mi nie przyszło:
Czym tak naprawdę skończy się ta nasza przeprowadzka i jakie konsekwencje pociągnie?
Gdyby ktoś, powiedział mi, że przez następne kilka lat będę zajmować się śmiertelnie chorą osobą – nie uwierzyłabym! Dlaczego?
- nie jestem pielęgniarką ani opiekunką tylko księgową …
- nie mam cierpliwości do” bardzo przyziemnych” spraw a co dopiero do opieki …
- na logikę biorąc temat – opieka nad kimś to rezygnacja z własnego życia – nie sądzę abym była osobą o tak wielkim sercu…
Lecz co innego rozmawiać i gdybać, „ co by było, gdy …” a co innego stanąć z kłopotem twarzą w twarz…
Na tamtą chwile oboje sądziliśmy, że Pani Grażynka potrzebuje troszkę czasu, aby dojść do siebie …, Do jakiegoś momentu u Niej w domu było zawsze mnóstwo ludzi. Teraz wszyscy pozakładali własne rodziny.
Do Mamy teraz to tylko raz na jakiś czas wpadali, – więc rzeczywiście może to chodziło o brak kogoś do porozmawiania… jeszcze jednej bratniej duszy …
Po kilku dniach Grzegorz pojechał do pracy – na dwa tygodnie. Właściwie dobrze się stało, bo tak to ja na spokojnie ustalę, co się dzieje z Panią Grażynką – czy to naprawdę tylko chodzi o „brak towarzystwa..”
No i zaczęły się prawdziwe schody w dół …
Pierwszego dnia po wyjeździe Grześka do pracy miała miejsce przekomiczna sytuacja:
Godzina 5 rano obudził mnie odgłos lejącej się wody..Odruchowo zwlokłam się z łóżka, żeby zobaczyć gdzie się tak leje …Ha, o tej porze człowiek jest mocno zaspany i nie do końca przytomny..
Wyszłam na przedpokój i jeszcze szybciej wracała do pokoju!
To, co zobaczyłam z miejsca obudziło mnie na dobre-
- Pani Grażynka całkowicie naga, biega jak w ukropie między łazienką i pokojem
Gdy dotarło do mnie, co oczy wdziały pomyślałam- przecież to ja jestem gościem…, jeśli Pani Grażyna trochę czasu mieszkała sama to nie dziwota, że czuje się tak swobodnie… Śmiałam się z siebie i pomyślałam fanie dzień się zaczyna…
Od tamtego ranka takie widoki były na porządku dziennym również w środku dnia. Nie byłoby to dziwne ( szczególnie w czerwcu) gdyby nie fakt, że kąpieli nie było, tylko puszczana woda do wanny.
Bardzo szybko zorientowałam się, że przez ten „bieg w ukropie” w trakcie, Pani Grażyna całkowicie zapominała o umyciu się …
Niestety pomimo całej wesołości poranka ten dzień nie był wcale miły i przyjemny.
Na samym początku przy śniadaniu zaczęła się burzliwa dyskusja:
-, kim ja tak naprawdę jestem i co robię w Jej mieszkaniu….?!
Zaskoczył mnie całkowicie ton i sposób rozmowy, bo przecież:
- już wcześniej byłam przedstawiona,
- przecież od wprowadzenia się minęło kilkanaście dni…, Więc, o co tak naprawdę chodzi?
Ale w dniu wprowadzi, Pani Grażyna nie skomentowała, więc wiedziałam podświadomie: będzie ciąg dalszy.. Tylko trochę później …
Na spokojnie od początku wyjaśniałam:, kim jestem, co tu robię, itp..
Tak jak w przypadku rozmowy Pani Grażyna – Grześ tak i teraz pytania zaczęły się powtarzać – zastanowiło mnie tylko to, że nawet nie mają zmienionej formy…
To trochę tak jakby człowiek słuchał zacinającej się płyty w tym samym miejscu….
Jakimś cudem udało się załagodzić nerwowość Pani Grażynki …
Ja zajęłam się sprzątnięciem po śniadaniu …
W tym czasie Pani Grażynka zaczęła się krzątać po swoim pokoju…, niby nic dziwnego, lecz w pewnej chwili zaczęła się nerwówka…
- gdzie ja to położyłam?!
- czy nie widziałaś moich okularów?
- gdzie są moje klucze?
- gdzie jest portfel?! Na pewno ty go schowałaś, przecież tu leżał.. jeszcze przed chwilą ?!!!
Wyglądało to trochę jak bieg sztafetowy, bo Kobiecina najpierw coś łapała w rękę prawie biegiem do przedpokoju… już ma wychodzić … I znów cofa się do mieszkania i zaczyna biegać po pokoju i nerwowo czegoś szukać.
Zobaczyłam, że to nie przelewki i naprawdę coś zaczyna się dziać. Zostawiłam swoją pracę i zaczęłam pomagać przy szukaniu poszczególnych przedmiotów.
W pierwszej chwili, udzieliła mi się nerwowość Pani Grażynki
– przecież niczego nie dotykałam …, nic nie przekładałam ….
Ale nic to, zaczęłam dosłownie przekopywać różne miejsca w pokoju … święcie przekonana, że pewnie jest gdzieś to wszystko pochowane, gdzieś głęboko…
Gdy spojrzałam na stoliczek nocny, wszystkie te „zguby” leżały cichutko nie wadząc nikomu…, podałam wszystko Pani Grażynce śmiejąc się od ucha do ucha:
-Pani Grażynko, jak się człowiek spieszy to się diabeł cieszy, jak jest się zdenerwowanym to i gdyby patrzył na zgubę to nie będzie jej widzieć
Na tamten moment pomyślałam, że kobieta wyprowadzona z równowagi. Przecież dopiero, co… Uświadomiła sobie, że jeszcze ktoś z Nią mieszka pod jednym dachem..
Pani Grażynka wyszła z domu, ja zaczęłam ogarniać temat – mieszkanie …
Dzień jakoś zleciał, po obiedzie razem wyszłyśmy na spacer.
Chciałam poznać nowe miejsce, wiec przy okazji zabrałam Mamę Grzesia ze sobą i chciałam Ją troszkę rozruszać … rozweselić rozmową.
Niestety cały czas miałam wrażenie, że Pani Grażyna ucieka w swój świat.., Gdy wracała do rzeczywistości zaczynały się na nowo pytania: - kim ja jestem, co tu robię itp.
Więc z uporem spokojnie tłumaczyłam od początku…
Wieczorem po kolacji znów zaczął się maraton łazienka - pokój, pokój- łazienka. Tym razem po porannej nauczce, nie przeszkadzałam w czynnościach..
Ja jeszcze trochę siedziałam i planowałam:, od czego tak naprawdę zacząć generalne sprzątanie mieszkania? Pomyślałam, poproszę o odrobinę pomocy Panią Grażynę to nie potraktuje sytuacji znów nerwowo, jak zajmiemy się obie to:
1. Szybciej posprzątamy
2. Może Kobiecina sama zacznie mówić i nie będę musiała Jej ciągnąć za język:, co się dzieje?
Wreszcie i ja usnęłam…
Godzina 12 w nocy – słyszę, woda się gdzieś leje …
W pierwszej chwili pomyślałam: nie jest aż tak gorąco, żeby nie można było spać w nocy. Co się tam u licha dzieje?. Podirytowana poszłam „zbadać sytuację”.
Co się okazało?
- Pani Grażyna stoi nad miską z praniem…, woda zaczyna przelewać się do wanny, kran cały czas odkręcony. W misce ubranie, … Lecz to, co robiła w niczym nie przypominało prania ręcznego …
Kobieta nasypała dużo proszku do prania, wlała wodę i włożyła rzeczy. Trochę je miętosiła w misce a później, bez płukania; z pianą zaczęła wieszać na sznurku.
No i zatkało mnie: przecież pralka stoi, wystarczyłoby tylko włączyć wieczorem i po sprawie.
I odruchowo zapytałam się, czemu Pani Grażynka nie włączyła pralki tylko tak w ręku w misce – przecież to za ciężko…
Okazało się, że zwyczajnie nie potrafi poradzić sobie z włączeniem pralki, wysłałam Ją do łóżka a sama dokończyłam pranie…
W tamtym momencie sądziłam: to normalne, bo starsi ludzie jak przyzwyczają się do jednego sprzętu to później mają kłopot z dostosowaniem się do jakichkolwiek zmian…
Gdy rano zjadłyśmy śniadanie, (tak jak zaplanowałam) poprosiłam Panią Grażynę o pomoc przy sprzątaniu.
Pomyślałam, okna podłogi sama umyję, ale w całym mieszkaniu jest mnóstwo różnych półek, różnego rodzaju bibelotów, cała masa książek … To przy wycieraniu tego wszystkiego przyda się jeszcze jedna para rąk…
No i zaczęłyśmy.
Przy okazji sprzątania zaczęłam z przerażeniem odkrywać, że mieszkanie wygląda tak jakby latami nie było przez nikogo sprzątane…
Cała masa torebek, torebeczek poskładanych w kostkę, opakowań po lekach, po jedzeniu.., Szafki kuchenne od tego wszystkiego aż pękały w szwach… a ilość przeterminowanego i nadpsutego jedzenia po prostu powaliła mnie na kolana.
Najgorsza była sytuacja taka: poszłam trzymając coś w ręku do wyrzucenia z zapytaniem czy mi wolno to zwyczajnie wyrzucić – Przecież to, co dla mnie jest do kosza wcale nie oznacza, że dla Pani Grażyny to rzeczywiście jest do wyrzucenia… To nie moje mieszkanie, więc nie mogę ot tak sobie wszystko jak leci wywalić.
Odpowiedz:
-zostaw, to jeszcze przyda się …
- nie wyrzucaj jedzenia ja to odkroję i zjem
Moja reakcja na drugą odpowiedz: taa, lecę pędzę na rano będę – tak dam Ci kobieto zjeść starocie.
Na głos powiedziałam: szkoda żołądka…, to nie czasy kryzysu, że niczego w sklepach nie ma.. Jedzenie trzeba zawsze świeże jeść!
Gdy otworzyłam szafki to jedyne, co mi w głowie siedziało: wszystko jak leci wywalić, bo wszystko było aż lepiące się z brudu, nie mówiąc o robactwie,
Łaziło mi po głowie, że brakuje tylko myszy albo szczura do kolekcji i na pewno wtedy tak spokojnie to sprzątanie nie przebiegnie ….
Od chwili, gdy usłyszałam: - nie wyrzucaj jedzenia ja to odkroję i zjem… już o nic w sprawie kuchni nie zapytałam tylko sama wszystko posortowałam. Oczywiście cale jedzenie poszło do kosza.
Udało się kuchnie doprowadzić do użytku…
Więc, łazienka … a w tym czasie trochę gadałyśmy, Pani Grażynka miała wycierać kurze w swoim pokoju…
Słyszę jakiś okropny zamęt w pokoju, weszłam do Mamy Grzegorza i ….
W pokoju stoi pianino, ogromna dębowa szafa i wielki stół dębowy.. Meble bardzo ciężkie …
Gdy rozmawiałyśmy rano wyjaśniłam dokładnie Pani Grażynie, żeby tylko powycierała kurze.. Z meblami nie będziemy same jeździć po mieszkaniu, bo zwyczajnie nawet, gdy uda się je odsunąć to i tak nie damy sobie rady z ustawieniem na miejsce…
Ja 158cm, Pani Grażynka 140 cm, wiec nie ma, co szaleć. Grzegorz wróci to nam to wszystko poodsuwa..Tak umówiłyśmy się rano…
Widzę, jak Mama Grzegorza złapała pianino z jednej strony i jedzie z nim na środek pokoju … Dywan nieściągnięty nóżką zahaczyła i cały mebel zaczyna przechylać się ze wszystkimi bibelotami stojącymi na górze...
W ostatniej chwili złapałam.. Kilka rzeczy rozsypało i potłukło się na podłodze ...
Najpierw obie z ulga odsapnęłyśmy, no a później zaczęło się, … bo przedmioty potłuczone… Pani Grażynka rozpłakała się siedząc przy tym szkle rozbitym…, bo to pamiątki…, co teraz będzie … i co teraz będzie?!
Sama jeszcze roztrzęsiona sytuacją …, zaczęłam ją uspokajać …pozbierałam cale szkło i obiecałam, że może coś z tego uda się jeszcze uratować …
Cała sytuacja dała mi do myślenia:
- przecież wyraźnie mówiłam: tylko kurze
-, kto, samodzielnie przesuwa pianino z niezdjętymi bibelotami ( mając zaledwie 140cm, wzrostu)
Tego dnia sprzątanie zostawiłyśmy – nie zając, nie ucieknie…
Na jeden dzień wrażeń miałam dość …
Chciałam jeszcze tylko poodkurzać podłogę i umyć. Ledwie włączyłam odkurzacz, słyszę straszny krzyk Pani Grażyny. Rzuciłam wszystko, i biegiem do Mamy.
Pewnie znów coś spadło, albo, co gorsze przycięła się Kobiecina czymś, – bo nie posłuchała, że na dziś kończymy generalne porządki…
Wchodzę do pokoju i widzę – Mama Grzesia siedzi na łóżku trzymając się za głowę z przerażeniem w oczach krzyczy w niebogłosy…, Gdy ją uspokoiłam, okazało się, że nic jej nie jest w sensie fizycznym, … To, po co ten krzyk?!
Nim doszłam, co tak naprawdę doprowadziło Ją do takiego przerażenia minęło sporo czasu.
Chodziło o hałas – odkurzacz głośno chodzi. Była tak zdenerwowana, że nawet nie umiała nazwać przedmiotu, który ją tak wyprowadził z równowagi.
W czasie uspokajania po prostu wtuliła się w ramiona płacząc i łkając i tak mocno ściskała mnie…
No i to dla mnie było już trochę za dużo. Tak zachowuje się tylko człowiek wystraszony niemal na śmierć ( w moim rozumieniu pojęcia „strach”)
Pomysł z odkurzaniem poszedł w odstawkę….
Dzień jakoś dobiegł końca.
W nocy zamiast spać zaczęłam głowić się, co tak naprawdę dzieje się z tą kobieciną…
Przestałam na to wszystko(kłopoty Pani Grażyny) patrzyć – to tylko wiek …,
Co tu się do diabła stało się, kobieta jest wystraszona nie na żarty…, Kto za tym do diabła stoi, przecież dorosłego człowieka nie można ot, tak doprowadzić do takiego rozstroju nerwowego?
Od tamtego dnia już tak zostało niemal na stałe:
- płacz na zmianę z krzykiem.
- kilkanaście razy w dzień odpowiadanie na te same pytania
- nerwowość w każdej postaci..
- szukanie różnorakich przedmiotów, które tak naprawdę leżały na wierzchu. Pani Grażyna ich zwyczajnie patrząc na nie, nie rozpoznawała niczego…
Z powodu poszukiwań zaginionych różności dochodziło wielokrotnie do nieprzyjemnych sytuacji.
Wtedy miałam wrażenie, że zawitałam do świata ciągłych podejrzeń i spisków.
Pani Grażyna sprawiała wrażenie osoby, która wiecznie się czegoś boi, wiecznie ktoś coś jej przekłada i nie chce się przyznać … Ona sama jest głównym specjalista od dochodzenia – rozpracowanie spisku pod nazwą:, „Kto mi schował…”
Czekałam, aż Grzegorz wróci do domu, żeby opowiedzieć, o wszystkim. To na 100% nie ma nic wspólnego z wiekiem Mamy, samotnością itp. Nie miałam pojęcia, co mnie tak naprawdę czeka …, dla mnie to były objawy silnego stresu, ogromna dawka nerwów u tej małej kobietki po prostu kazała się zastanowić czy to nie jest jakaś choroba…
Ech, przecież sama nie dojdę, bo nie jestem lekarzem. Za krótko żyję na tym świecie, żeby samemu „diagnozę” stawiać. Przecież nie znam Kobiety na tyle, żeby móc samej decydować o Jej losie…
Poza tym nawet gdyby lekarz był w „robocie” to na siłę Jej nie zaciągnę …I tak muszę poczekać na Grześka – to on jest synem i on powinien decydować, co dalej..
To co już wydarzyło się zaczęło mnie niepokoić … i coraz bardziej denerwowałam się całą sytuacją…
Rzeczy rzadko są takimi, jakimi się wydają, śmietanka udaje krem.
W. S. Gilbert
Za większe dobrodziejstwa większej wymaga się wdzięczności. Kogo Bóg wielkimi darami obsypał, ten Bogu wiele oddać musi
św. Ignacy Loyola
W. S. Gilbert
Za większe dobrodziejstwa większej wymaga się wdzięczności. Kogo Bóg wielkimi darami obsypał, ten Bogu wiele oddać musi
św. Ignacy Loyola
-
sylwiantka
- Posty: 5
- Rejestracja: piątek 02 gru 2011, 19:53
Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
Nazywam się Sylwia.Opisywałam Swoją historię na starym forum.
Moja mama zachorowała na tą paskudną chorobę 6 lat temu.
Było tragicznie,ale dawałam radę.Napiszę w skrócie,bo jest mi bardzo ciężko.
Opiekowałam się mamą jak tylko mogłam nikt mi nie pomagał.Rodzina miała w nosie wszystko.
mam dziecko 9 letnie chore na stwardnienie guzowate.
W marcu urodziłam drugie dziecko na szczęście zdrowe.w czerwcu oddałam mamę do domu opieki zwanego hospicjum.
W październiku moja mama odeszła z tego świata.
Mam wyrzuty sumienia,że byłam taka bezradna i oddałam mamę.
To co zrobiła choroba z mojej mamy,to koszmar.Teraz powoli dochodzę do siebie,ale jeszcze dużo czasu minie zanim przestane się obwiniać o mamy śmierć.
Może gdybym nie oddała mamy żyła by do dziś.
Moja mama zachorowała na tą paskudną chorobę 6 lat temu.
Było tragicznie,ale dawałam radę.Napiszę w skrócie,bo jest mi bardzo ciężko.
Opiekowałam się mamą jak tylko mogłam nikt mi nie pomagał.Rodzina miała w nosie wszystko.
mam dziecko 9 letnie chore na stwardnienie guzowate.
W marcu urodziłam drugie dziecko na szczęście zdrowe.w czerwcu oddałam mamę do domu opieki zwanego hospicjum.
W październiku moja mama odeszła z tego świata.
Mam wyrzuty sumienia,że byłam taka bezradna i oddałam mamę.
To co zrobiła choroba z mojej mamy,to koszmar.Teraz powoli dochodzę do siebie,ale jeszcze dużo czasu minie zanim przestane się obwiniać o mamy śmierć.
Może gdybym nie oddała mamy żyła by do dziś.
Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
Sylwia nie jesteś sama. Jesteśmy z Tobą.
Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
To nie Twoja wina, że Mama zmarła!!!!!!
Choroba Alzheimera jest chorobą nieuleczalną i jak to kiedyś na starym forum napisała Wigi, nie ma magicznej pigułki na to. Twoja Mama odeszła i jest to na pewno wielka strata dla Ciebie ale masz na pewno jakieś miłe wspomnienia z nią związane i spróbuj przekazać takie miłe chwile dzieciom. Wspólne czynności, rzeczy, czynności, prezenty, tradycje. Gdybyś miała Mamę w domu też byś nie zatrzymała choroby. To jest ten ból z którym opiekunowie muszą się pogodzić...
Choroba Alzheimera jest chorobą nieuleczalną i jak to kiedyś na starym forum napisała Wigi, nie ma magicznej pigułki na to. Twoja Mama odeszła i jest to na pewno wielka strata dla Ciebie ale masz na pewno jakieś miłe wspomnienia z nią związane i spróbuj przekazać takie miłe chwile dzieciom. Wspólne czynności, rzeczy, czynności, prezenty, tradycje. Gdybyś miała Mamę w domu też byś nie zatrzymała choroby. To jest ten ból z którym opiekunowie muszą się pogodzić...
Więcej informacji:
http://www.youtube.com/watch?v=dCp8mztMP8M
http://www.youtube.com/watch?v=dCp8mztMP8M
-
sylwiantka
- Posty: 5
- Rejestracja: piątek 02 gru 2011, 19:53
Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
Dziękuję wszystkim za słowa otuchy.
Za wsparcie jakie na tym forum znalazłam.
Cieszę się,że nie jestem sama,że można liczyć na ludzi,bo na rodzinę nie ma co liczyć.
To właśnie na forum mnie najbardziej wspierali.
Za co wszystkim dziękuję.
Oczywiście mam wspaniałe wspomnienia związane z mamą.Nawet kilka zdjęć zrobiłam małemu z babcią,kiedyś opowiem mu o babci
bo na pewno nie będzie pamiętał,ale starszy syn często wspomina babcię i często odwiedzamy grób.Cieszę się tylko że moje dzieci nie widziały babci w ostatnich dniach życia,bo ja patrzyłam na to codziennie.Był to koszmar,męczarnie jakie przechodziła to nie do zniesienia,serce pękało z bólu i rozpaczy,że nie można pomóc.Jeszcze trzy tygodnie przed śmiercią mamy dowiedziałam się że ma nowotwór jamy brzusznej,jak by jednej choroby było mało?!
Pozdrawiam i dziękuję za wszystko.
Za wsparcie jakie na tym forum znalazłam.
Cieszę się,że nie jestem sama,że można liczyć na ludzi,bo na rodzinę nie ma co liczyć.
To właśnie na forum mnie najbardziej wspierali.
Za co wszystkim dziękuję.
Oczywiście mam wspaniałe wspomnienia związane z mamą.Nawet kilka zdjęć zrobiłam małemu z babcią,kiedyś opowiem mu o babci
bo na pewno nie będzie pamiętał,ale starszy syn często wspomina babcię i często odwiedzamy grób.Cieszę się tylko że moje dzieci nie widziały babci w ostatnich dniach życia,bo ja patrzyłam na to codziennie.Był to koszmar,męczarnie jakie przechodziła to nie do zniesienia,serce pękało z bólu i rozpaczy,że nie można pomóc.Jeszcze trzy tygodnie przed śmiercią mamy dowiedziałam się że ma nowotwór jamy brzusznej,jak by jednej choroby było mało?!
Pozdrawiam i dziękuję za wszystko.
- Joannap
- Posty: 170
- Rejestracja: niedziela 27 lis 2011, 03:44
- Lokalizacja: Piastów , woj. mazowieckie
Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
Sylmantka powiem CI tak :
teraz porządkuję własne życie i rozkładam na czynniki pierwsze dokładnie wszystko - w kontrolowanych warunkach (pod opieką terapeuty) .
Kiedyś a dokładnie do 2010 roku sama osobiście miałam okropne wyrzuty - sama sobie wyrzucałam że coś mi się nie udało .... że zawaliłam . a temat ubezwłasnowolnienia i domów opieki to tematy na które wtedy - działały na mnie jak czerwona płachta na byka i siłą woli przywoływałam zdrowy rozsądek - zresztą Ci co są tu teraz i czytali moje wypowiedzi (2008-2009) na forum doskonale pamiętają różniste sytuacje ... nie zawsze było to z mojej strony grzeczne miłe etc. i nie mam do nikogo pretensji (raczej przepraszam te osoby)i bo mogą czuć się po prostu urażeni do żywego za to co usłyszeli ode mnie - to tyle o historii
Do rzeczy : Chcę Ci powiedzieć - 1. Przeczytaj temat: http://alzheimer.myforum.pl/viewtopic.php?f=11&t=13
2. zawsze jest tak - gdy dochodzi do takich sytuacji jak u Ciebie (przecież jeszcze Masz Skrzaty - w tym jedno chore) to jest prawdziwa tragedia - nawet nie staram się tego wyobrazić w praktyce ...
Musisz się po prostu wygadać .., ułożyć to wszystko w głowie na spokojnie - to że Oddałaś Bliską Ci osobę do Domu Opieki - wybrałaś mniejsze zło ... i to nie umniejsza Twojej Bardzo ciężkiej pracy - Uwaga jaką napisałam pod tekstem (patrz link) kieruje do wszystkich opiekunów nie tylko Al. są ludzie którzy opiekują się chorymi dziećmi, osobami z nowotworem etc - Oni wszyscy mają takie wyrzuty sumienia ...
Lecz grupa wszystkich opiekunów to grupa ludzi niezwykle wrażliwych - a z wrażliwością człowiek nie rodzi się -
Wrażliwość na los innych to nic innego jak - fakt że samemu we własnym życiu przeszło się niezłe piekiełko
Jedni stają się wrażliwi inni zamykają się w sobie na cały świat, Gdy zdarza się że ktoś wygada się i opowie o swoim piekiełku - to inni odbierają to : moje kłopoty to pikuś Jego to dopiero tragedia .! to nie prawda bo każdy patrzy z własnej perspektywy na sytuację i każdy z nas zasługuje na normalność w swoim życiu ...!Tylko kłopot polega na tym że :
1. nie zawsze wie się do kogo z tym iść
2. to strach przed nieznanym - bo terapia oznacza naukę życia od początku !i co się ze mną stanie później lepiej zostać w tym co znam
Moja terapia właśnie na tym polega - uczę się normalności - czy się boję - jak cholera ale fakt że pozbyłam się pierwszy raz w życiu strachu i zwyczajnie pierwszy raz śmieje się od ucha do ucha - powoduje : a co mi tam , co ma być to będzie. Jesli nawet nie wszystko uda mi się ułożyć w dobrym miejscu - to i tak jakość mojego życia będzie o całe lata świetlne lepsza ! Teraz już wiem że za nic nie wrócę do hermetycznego świata koszmarów , demonów i czarnych dziur .
Jeśli czas Ci na to nie pozwala - to przynajmniej zrób dla Siebie "DZIEŃ DOBROCI DDLA ZWIERZĄT " I PISZ U NAS . TU SĄ TACY LUDZIE JAK TY TEZ MAJĄ OGROMNĄ WRAŻLIWOŚĆ I POMOGĄ CI ... PÓŹNIEJ ZA X CZASU GDY WSPOMNISZ TE CZASY - BĘDZIESZ PRZYNAJMNIEJ ODROBINĘ SZCZĘŚLIWSZA - BO NIE UDERZYŁAŚ GŁOWĄ W ŚCIANĘ - znam to uczucie bo waliłam własną za wiele lat - teraz mam dokłądnie 40 lat i dopiero teraz uczę się wszystkiego - i jedyne o czym marzę - to żeby wystarczyło mi czasu na realizację wszystkich planów !!!
teraz porządkuję własne życie i rozkładam na czynniki pierwsze dokładnie wszystko - w kontrolowanych warunkach (pod opieką terapeuty) .
Kiedyś a dokładnie do 2010 roku sama osobiście miałam okropne wyrzuty - sama sobie wyrzucałam że coś mi się nie udało .... że zawaliłam . a temat ubezwłasnowolnienia i domów opieki to tematy na które wtedy - działały na mnie jak czerwona płachta na byka i siłą woli przywoływałam zdrowy rozsądek - zresztą Ci co są tu teraz i czytali moje wypowiedzi (2008-2009) na forum doskonale pamiętają różniste sytuacje ... nie zawsze było to z mojej strony grzeczne miłe etc. i nie mam do nikogo pretensji (raczej przepraszam te osoby)i bo mogą czuć się po prostu urażeni do żywego za to co usłyszeli ode mnie - to tyle o historii
Do rzeczy : Chcę Ci powiedzieć - 1. Przeczytaj temat: http://alzheimer.myforum.pl/viewtopic.php?f=11&t=13
2. zawsze jest tak - gdy dochodzi do takich sytuacji jak u Ciebie (przecież jeszcze Masz Skrzaty - w tym jedno chore) to jest prawdziwa tragedia - nawet nie staram się tego wyobrazić w praktyce ...
Musisz się po prostu wygadać .., ułożyć to wszystko w głowie na spokojnie - to że Oddałaś Bliską Ci osobę do Domu Opieki - wybrałaś mniejsze zło ... i to nie umniejsza Twojej Bardzo ciężkiej pracy - Uwaga jaką napisałam pod tekstem (patrz link) kieruje do wszystkich opiekunów nie tylko Al. są ludzie którzy opiekują się chorymi dziećmi, osobami z nowotworem etc - Oni wszyscy mają takie wyrzuty sumienia ...
Lecz grupa wszystkich opiekunów to grupa ludzi niezwykle wrażliwych - a z wrażliwością człowiek nie rodzi się -
Wrażliwość na los innych to nic innego jak - fakt że samemu we własnym życiu przeszło się niezłe piekiełko
Jedni stają się wrażliwi inni zamykają się w sobie na cały świat, Gdy zdarza się że ktoś wygada się i opowie o swoim piekiełku - to inni odbierają to : moje kłopoty to pikuś Jego to dopiero tragedia .! to nie prawda bo każdy patrzy z własnej perspektywy na sytuację i każdy z nas zasługuje na normalność w swoim życiu ...!Tylko kłopot polega na tym że :
1. nie zawsze wie się do kogo z tym iść
2. to strach przed nieznanym - bo terapia oznacza naukę życia od początku !i co się ze mną stanie później lepiej zostać w tym co znam
Moja terapia właśnie na tym polega - uczę się normalności - czy się boję - jak cholera ale fakt że pozbyłam się pierwszy raz w życiu strachu i zwyczajnie pierwszy raz śmieje się od ucha do ucha - powoduje : a co mi tam , co ma być to będzie. Jesli nawet nie wszystko uda mi się ułożyć w dobrym miejscu - to i tak jakość mojego życia będzie o całe lata świetlne lepsza ! Teraz już wiem że za nic nie wrócę do hermetycznego świata koszmarów , demonów i czarnych dziur .
Jeśli czas Ci na to nie pozwala - to przynajmniej zrób dla Siebie "DZIEŃ DOBROCI DDLA ZWIERZĄT " I PISZ U NAS . TU SĄ TACY LUDZIE JAK TY TEZ MAJĄ OGROMNĄ WRAŻLIWOŚĆ I POMOGĄ CI ... PÓŹNIEJ ZA X CZASU GDY WSPOMNISZ TE CZASY - BĘDZIESZ PRZYNAJMNIEJ ODROBINĘ SZCZĘŚLIWSZA - BO NIE UDERZYŁAŚ GŁOWĄ W ŚCIANĘ - znam to uczucie bo waliłam własną za wiele lat - teraz mam dokłądnie 40 lat i dopiero teraz uczę się wszystkiego - i jedyne o czym marzę - to żeby wystarczyło mi czasu na realizację wszystkich planów !!!
Rzeczy rzadko są takimi, jakimi się wydają, śmietanka udaje krem.
W. S. Gilbert
Za większe dobrodziejstwa większej wymaga się wdzięczności. Kogo Bóg wielkimi darami obsypał, ten Bogu wiele oddać musi
św. Ignacy Loyola
W. S. Gilbert
Za większe dobrodziejstwa większej wymaga się wdzięczności. Kogo Bóg wielkimi darami obsypał, ten Bogu wiele oddać musi
św. Ignacy Loyola
Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
Joasiu, Ciebie trzeba gdzieś zgłosić, nominować do jakiejś nagrody! Za to co robisz, jaka jesteś, jak pomagasz, jak trafnie wszystko ujmujesz!
Kiedyś myślałam, że jak można oddać dziadków/ rodziców do domu opieki, jak można nie umieć zorganizować życia tak by się opiekować "staruszkami". A teraz... cóż, sama nie umiem zorganizować swojego życia. Mam 2 rodzaje wyrzutów sumienia.
1. w stosunku do babci (i teraz rodziców, ale mam nadzieję że to będzie chwilowe), że nie dopilnowałam niektórych spraw, że może coś mogłam zrobić lepiej. Największe mam jak brakuje mi cierpliwości i krzyczę.
2. w stosunku do swojego życia, że nie mam siły żeby popracować (mogę pracować w domu), że zaniedbuję męża, że mieszkanie się zapuszcza, że ja się zapuszczam.
I jakbym miała dziecko nawet jedno i zdrowe to nie zawahałabym się i mimo jeszcze większych wyrzutów sumienia zdecydowała bym się na szukanie domu opieki dla babci. Jak to piszę to już mam wyrzuty sumienia że w ogóle tak pomyślałam! W tej chwili nie umiem sobie wyobrazić jak pogodzić opiekę nad babcią i opiekę i wychowywanie dziecka.
Sylwiantka, wiesz jak zachowują się chorzy na Alzh. Czasami to są mili starsi ludzie, ale częściej są agresywni, u nas są dni że dosłownie nie można babci spuścić z oczu. Wybór dzieci a mama jest trudny ale to było dobre rozwiązanie.
Ja nie umiem nawet swojego psa teraz upilnować. Właśnie mi uciekła i nie mogę znaleźć, nie zamknęłam bramy bo wieczorem będę jechać do taty, nie chciało mi się jej wyprowadzać, zresztą musiałabym zostawić babcię samą w domu a dzisiaj jest gorszy dzień, więc wypuściłam tylko na podwórko. Wcześniej nie uciekała, ale codziennie miała spacery, bieganie, a teraz szkoda gadać... I tak podziwiam Cię, że udawało Ci się łączyć opiekę nad mamą i dziećmi.
Kiedyś myślałam, że jak można oddać dziadków/ rodziców do domu opieki, jak można nie umieć zorganizować życia tak by się opiekować "staruszkami". A teraz... cóż, sama nie umiem zorganizować swojego życia. Mam 2 rodzaje wyrzutów sumienia.
1. w stosunku do babci (i teraz rodziców, ale mam nadzieję że to będzie chwilowe), że nie dopilnowałam niektórych spraw, że może coś mogłam zrobić lepiej. Największe mam jak brakuje mi cierpliwości i krzyczę.
2. w stosunku do swojego życia, że nie mam siły żeby popracować (mogę pracować w domu), że zaniedbuję męża, że mieszkanie się zapuszcza, że ja się zapuszczam.
I jakbym miała dziecko nawet jedno i zdrowe to nie zawahałabym się i mimo jeszcze większych wyrzutów sumienia zdecydowała bym się na szukanie domu opieki dla babci. Jak to piszę to już mam wyrzuty sumienia że w ogóle tak pomyślałam! W tej chwili nie umiem sobie wyobrazić jak pogodzić opiekę nad babcią i opiekę i wychowywanie dziecka.
Sylwiantka, wiesz jak zachowują się chorzy na Alzh. Czasami to są mili starsi ludzie, ale częściej są agresywni, u nas są dni że dosłownie nie można babci spuścić z oczu. Wybór dzieci a mama jest trudny ale to było dobre rozwiązanie.
Ja nie umiem nawet swojego psa teraz upilnować. Właśnie mi uciekła i nie mogę znaleźć, nie zamknęłam bramy bo wieczorem będę jechać do taty, nie chciało mi się jej wyprowadzać, zresztą musiałabym zostawić babcię samą w domu a dzisiaj jest gorszy dzień, więc wypuściłam tylko na podwórko. Wcześniej nie uciekała, ale codziennie miała spacery, bieganie, a teraz szkoda gadać... I tak podziwiam Cię, że udawało Ci się łączyć opiekę nad mamą i dziećmi.
- Joannap
- Posty: 170
- Rejestracja: niedziela 27 lis 2011, 03:44
- Lokalizacja: Piastów , woj. mazowieckie
Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
po prostu u mnie to wszystko za długo trwało - nie tylko choroba Mamci ...
Ja zwyczajnie miałam ogromne szczęście w nieszczęściu bo przez całkowity przypadek zaczęłam koło swoich spraw chodzić - po rozmowie z mądrym człowiekiem dosłownie
Wcześniej odkryłam parę pierdołek i powody własnego zachowania - i zrobiło mi się dosłownie rybka co będzie dalej - z jednej strony trzeba to jakoś poukładać bo fiksuję do reszty lecz z drugiej Andzia po co ci to przecież nauka życia w wieku czterech dych to totalna abstrakcja i przecież to kilo czasu potrzeba - a co z pracą etc., etc. ....
Dosłownie Mądry Człowiek - zastosował w czystej postaci łopatologię .. no i zaczęło się naprawianie ... teraz ha
dziwie się sobie jak ja mogłam taką wegetacje odstawić ze swojego życia ..
Wiem że to jest abstrakcją mówić - NIE ZAŁAMUJCIE SIĘ ale lekarstwem jest pisanie (bo nie zawsze można wyjść z domu i spotkać się z innymi ludźmi ) nie wolno zamykać się w 4 ścianach - naprawdę nie wolno tego robić !!!.
Dziś jest bardzo trudno i za m-c też będzie jeszcze gorzej - ale za rok czy dwa znów słońce wyjdzie i uśmiech wróci tylko naprawdę trzeba uwierzyć w siebie i nie można głupot słuchać
ot tak po prostu .
Dla jednego tragedią jest gdy widzi jak znajomy stacza się i nie umie go za uszy wyciągnąć z nałogu , dla innego : gdy widzi umierającego człowieka , a jeszcze inny : odbiera jako tragiczne zdarzenie odejście swojego zwierzaka, a następny - zawód miłosny potraktuje jako masakrę
- są ludzie którzy podejdą do tematu - wariat Wisłą się pali też mi kłopot ... I TYCH OLAĆ Z GÓRY NA DÓŁ
- SĄ TEŻ TACY CO SPOKOJNIE WYSŁUCHAJĄ BEZ WZGLĘDU "Z CZYM CZŁOWIEK PRZYCHODZI" I DORADZĄ NA ZASADZIE CO DWIE GŁOWY TO NIE JEDNA ...
TAKIMI WŁAŚNIE LUDŹMI TRZEBA OTACZAĆ SIĘ ... BO DAJĄ SIŁĘ I ENERGIĘ DO PROWADZENIA WALKI WEWNĘTRZNEJ .
Kiedyś już gdzieś pisałam co po tym że człowiek mieszka w domu pełnym ludzi gdy jest tak naprawdę pozostawiony samemu sobie - żeby nie poddawać się trzeba po prostu uwierzyć w siebie i swoje siły do przetrwania ... Człowiek to bardzo fikuśne stworzenie i tak łatwo nie poddaje się szczególnie gdy ma jakieś tam zasady ...
Dlatego proszę Was piszcie jeśli nie możecie , nie macie z kim pogadać piszcie tu na forum...
P.s.
nagroda ... za co - Ty jesteś takim samym człowiekiem jak ja . Nagrodę trzeba byłoby dać Nam wszystkim a nie wybrańcom -

Ja zwyczajnie miałam ogromne szczęście w nieszczęściu bo przez całkowity przypadek zaczęłam koło swoich spraw chodzić - po rozmowie z mądrym człowiekiem dosłownie
Wcześniej odkryłam parę pierdołek i powody własnego zachowania - i zrobiło mi się dosłownie rybka co będzie dalej - z jednej strony trzeba to jakoś poukładać bo fiksuję do reszty lecz z drugiej Andzia po co ci to przecież nauka życia w wieku czterech dych to totalna abstrakcja i przecież to kilo czasu potrzeba - a co z pracą etc., etc. ....
Dosłownie Mądry Człowiek - zastosował w czystej postaci łopatologię .. no i zaczęło się naprawianie ... teraz ha
Wiem że to jest abstrakcją mówić - NIE ZAŁAMUJCIE SIĘ ale lekarstwem jest pisanie (bo nie zawsze można wyjść z domu i spotkać się z innymi ludźmi ) nie wolno zamykać się w 4 ścianach - naprawdę nie wolno tego robić !!!.
Dziś jest bardzo trudno i za m-c też będzie jeszcze gorzej - ale za rok czy dwa znów słońce wyjdzie i uśmiech wróci tylko naprawdę trzeba uwierzyć w siebie i nie można głupot słuchać
Dla jednego tragedią jest gdy widzi jak znajomy stacza się i nie umie go za uszy wyciągnąć z nałogu , dla innego : gdy widzi umierającego człowieka , a jeszcze inny : odbiera jako tragiczne zdarzenie odejście swojego zwierzaka, a następny - zawód miłosny potraktuje jako masakrę
- są ludzie którzy podejdą do tematu - wariat Wisłą się pali też mi kłopot ... I TYCH OLAĆ Z GÓRY NA DÓŁ
- SĄ TEŻ TACY CO SPOKOJNIE WYSŁUCHAJĄ BEZ WZGLĘDU "Z CZYM CZŁOWIEK PRZYCHODZI" I DORADZĄ NA ZASADZIE CO DWIE GŁOWY TO NIE JEDNA ...
TAKIMI WŁAŚNIE LUDŹMI TRZEBA OTACZAĆ SIĘ ... BO DAJĄ SIŁĘ I ENERGIĘ DO PROWADZENIA WALKI WEWNĘTRZNEJ .
Kiedyś już gdzieś pisałam co po tym że człowiek mieszka w domu pełnym ludzi gdy jest tak naprawdę pozostawiony samemu sobie - żeby nie poddawać się trzeba po prostu uwierzyć w siebie i swoje siły do przetrwania ... Człowiek to bardzo fikuśne stworzenie i tak łatwo nie poddaje się szczególnie gdy ma jakieś tam zasady ...
Dlatego proszę Was piszcie jeśli nie możecie , nie macie z kim pogadać piszcie tu na forum...
P.s.
nagroda ... za co - Ty jesteś takim samym człowiekiem jak ja . Nagrodę trzeba byłoby dać Nam wszystkim a nie wybrańcom -
Rzeczy rzadko są takimi, jakimi się wydają, śmietanka udaje krem.
W. S. Gilbert
Za większe dobrodziejstwa większej wymaga się wdzięczności. Kogo Bóg wielkimi darami obsypał, ten Bogu wiele oddać musi
św. Ignacy Loyola
W. S. Gilbert
Za większe dobrodziejstwa większej wymaga się wdzięczności. Kogo Bóg wielkimi darami obsypał, ten Bogu wiele oddać musi
św. Ignacy Loyola
Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
M.in. za taką postawęJoannap pisze: P.s.
nagroda ... za co - Ty jesteś takim samym człowiekiem jak ja . Nagrodę trzeba byłoby dać Nam wszystkim a nie wybrańcom -
-
sylwiantka
- Posty: 5
- Rejestracja: piątek 02 gru 2011, 19:53
Re: Od czego wszystko zaczęło się ....
Moja mama miała 55 lat jak odeszła.
Z chorobą zmagałam się tylko i aż 6 lat.Teraz powoli dochodzę do siebie,dzięki temu forum,dzięki takim ludziom jak Wy.
Ja też jestem takim samym człowiekiem,tylko,że opiekę i trudne chwile choroby mam już za sobą.
To co zrobiła choroba z mojej mamy to tragedia.Widziałam w życiu sporo chorób,ale tak paskudnej to nigdy.
Wykańcza chorego i opiekuna,wymaga dużo cierpliwości i wytrwałości.
I nawet pani opiekunka z opieki powiedziała,że nie będzie przychodzić,bo nie daje rady.
Mama była osobą pogodną,nigdy nie skarżyła się na nikogo,nie krzyknęła,ale pomagała każdemu kto ją o to poprosił.
Kiedy zachorowała wszyscy się dziwili,że dziwnie się zachowuje.Po pewnym czasie nie chcieli z mamą kontaktu,została sama z chorobą.
Opiekowałam się mamą.Starałam się jak najlepiej potrafiłam,rodzina miała gdzieś to,że jestem w ciąży,a choroba postępuje.
Kiedy mama była agresywna,to nie raz mi się oberwało.Najbardziej obawiałam się o dziecko,bo potrafiła mnie skopać.
Ale wiem,że była to choroba nie moja mama,bo moja mama tak by nie zrobiła.Nie mam żalu do mamy,bo jak była zdrowa to była przyjaciółką i matką.
Była super babcią,tylko dlaczego inni tego nie potrafili docenić?
Nawet synowie,a moi bracia mamy nie odwiedzali.
Przykre,ale prawdziwe.Zaczęłam z mężem remontować mamy pokój i powoli zmykam pewien rozdział w moim życiu.
Nigdy nie zapomnę mojej mamy,całego trudu włożonego w opiekę.Na szczęście mam jeszcze dzieci,które dają mi radość w życiu.
Z chorobą zmagałam się tylko i aż 6 lat.Teraz powoli dochodzę do siebie,dzięki temu forum,dzięki takim ludziom jak Wy.
Ja też jestem takim samym człowiekiem,tylko,że opiekę i trudne chwile choroby mam już za sobą.
To co zrobiła choroba z mojej mamy to tragedia.Widziałam w życiu sporo chorób,ale tak paskudnej to nigdy.
Wykańcza chorego i opiekuna,wymaga dużo cierpliwości i wytrwałości.
I nawet pani opiekunka z opieki powiedziała,że nie będzie przychodzić,bo nie daje rady.
Mama była osobą pogodną,nigdy nie skarżyła się na nikogo,nie krzyknęła,ale pomagała każdemu kto ją o to poprosił.
Kiedy zachorowała wszyscy się dziwili,że dziwnie się zachowuje.Po pewnym czasie nie chcieli z mamą kontaktu,została sama z chorobą.
Opiekowałam się mamą.Starałam się jak najlepiej potrafiłam,rodzina miała gdzieś to,że jestem w ciąży,a choroba postępuje.
Kiedy mama była agresywna,to nie raz mi się oberwało.Najbardziej obawiałam się o dziecko,bo potrafiła mnie skopać.
Ale wiem,że była to choroba nie moja mama,bo moja mama tak by nie zrobiła.Nie mam żalu do mamy,bo jak była zdrowa to była przyjaciółką i matką.
Była super babcią,tylko dlaczego inni tego nie potrafili docenić?
Nawet synowie,a moi bracia mamy nie odwiedzali.
Przykre,ale prawdziwe.Zaczęłam z mężem remontować mamy pokój i powoli zmykam pewien rozdział w moim życiu.
Nigdy nie zapomnę mojej mamy,całego trudu włożonego w opiekę.Na szczęście mam jeszcze dzieci,które dają mi radość w życiu.